Przejdź do głównej zawartości

SMOCZY CROSS MARATON – SMOK 30

 

Dawno, dawno temu w grodzie Kraku był Szewczyk Dratewka co Smoka poskromił! Ale to nie był nas Smok! Smok Jurajski! Nas Smok już potrafi latać i i między skałami też się zmieści!!! Już na początku Smoki napotkają próbę Szewczyka Dratweki! Po pirsych śterech kilometrach sakramenckiego biegu poddamy te nase Smoki próbie! Cy będąc spragnieni wody się zaczymią przy Źródle Pióro (cudne Jurajskie wywierzysko skąd wszyscy okoliczni mieszańcy i nie tylko czerpią wodę do picia) się poddadzą i jak ten Pseudo – Smok spod Wawelu się skusom na picie cy polecom dalyj? Prawdziwe Smoki pić nie musą! One gonią jak ten wioter po ostańcach! One sukajom swego gniozda! I je znajdą! Na Górze Smoków! Tam se mogom dychnąć kiela cza! Byle nie za długo! Bo im skrzydła się zrosną i już dalyj nie polecom! A dalyj….. to samuśka frjada dla prawdziwego Smoka! Doliny takie Żorskie! Zamki! Kamieniołomy! Jaskinie! Istny Raj dla Smoka! Tam se pohasa! Pocuje Smoczą Ślebodę, by na końcu pozierać na Sokolicę przy londowaniu na Brandysówce! Hej!!! – cytat ze strony Organizatora.

Zacząłem swoją relację trochę nietypowo, ale po moim starcie na Jurajskim Festiwalu Biegowym pokochałem bieganie po Jurze i koniecznie chciałem jeszcze raz w tym roku ponownie zawitać w to miejsce.

Okazja nadarzyła się wyśmienita. W ramach Tour De Zbój pojawiła się nowa impreza pod hasłem SMOCZY CROSS MARATON z czterema dystansami : Smoczuś (11km), Smoczek (19 km), Smok (30 km) i Smoczysko (47 km). Ja mając jeszcze w pamięci mój start tydzień temu na Ultramaratonie Leśna Doba wybrałem dystans 30 km.

Jako, że mój bieg startował o 9.00 mogłem całość zamknąć w jednym dniu. Pierwsze zaskoczenie było takie, że wyjeżdżając przed szóstą z Rybnika termometr wskazywał 10 0C, zaś dojeżdżając na miejsce, w okolice Doliny Będkowskiej za Krakowem było już tylko 5 0C.

Z najbliższego parkingu miałem około kilometra piechotką do biura zawodów, więc mogłem przyjrzeć się okolicy, w której przyjdzie mi rywalizować. Jura po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyła. Nigdy w tym miejscu jeszcze nie byłem, stąd pozytywnych zaskoczeń krajobrazowych było sporo. Polska złota jesień w pełnej krasie, a wszystko to w otoczeniu cudownych lasów i pięknych jurajskich skałek.




Szybkie i sprawne załatwienie formalności w biurze zawodów, przy okazji pozdrawiam sympatyczną wolontariuszkę z Żor i mogłem rozejrzeć się po miejscu, w którym za godzinę przyjdzie mi startować.

Na wstępie przywitanie z człowiekiem orkiestrą, głównym organizatorem Sławkiem Konopką. Ten człowiek był dosłownie wszędzie, prowadził spikerkę, udzielał porad, witał się z nami, a jak się potem okazało każdemu indywidualnie składał gratulacje na mecie 👏. Fajnie było zamienić z Tobą parę słów, usłyszeć zapewnienia, że mimo panującego zimna, pogoda jest zamówiona i słoneczko na pewno nas niebawem poogrzewa. Tylko ciekawe Sławku czy znasz „Klątwę Reclika” ? 😉


Rozglądałem się dalej wśród, walczących z zimny porankiem, zawodników próbując dostrzec jakąś znajomą twarz i wreszcie się udało. Spotkałem Marka – dobrego znajomego z mojego miasta. I tym sposobem, rozdzielone zostały miejsca na mecie wśród mieszkańców Rybnika 😉. Oczywiście drugie dla mnie. Przy tej okazji, uprzedzając fakty, ogromnie gratuluję Ci Marku miejsca na pudle w kategorii wiekowej 👏👏👏.

A ja wśród banerów organizatora dostrzegłem jeden z nich i tak zupełnie nieprzypadkowo zrobiłem sobie z nim zdjęcie. Czyżby moje nowe zimowe wyzwanie na przyszły rok ?



Moment startu zbliżał się nieuchronnie. Ostatnie przedstartowe zdjęcia, przybicie piątki z Markiem, wzajemne życzenia sobie powodzenia i w oparach dymu ruszyliśmy na trasę.



Gdyby w dwóch słowach wypowiedzieć się o trasie, którą przygotowali dla nas organizatorzy, można powiedzieć, że była równie piękna co wymagająca 👏😅👍.

Po doświadczeniu wyniesionym z Jurajskiego Festiwalu Biegowego, mniej więcej domyślałem się czego można się spodziewać. A jednak trochę się zaskoczyłem. Gruba warstwa liści, która niekiedy sięgała nam do kostek, kryła różne niespodzianki. A to korzenie, a to błotko, a to mniej lub bardziej ruchome kamole. Nie ukrywam, że początkowo sprawiało mi to trochę trudności, ale potem przywykłem i miałem przy okazji zupełnie darmowy masaż stóp, które kręciły się podczas biegania na wszystkie możliwe strony 😅😉.





Bardzo fajnym pomysłem było nazwanie wybranych odcinków czy miejsc „smoczymi nazwami”, stąd „smocze ucho igielne”, „smocza woda”, „smocza wspinaczka”, „smoczy jar” czy „smocza grota”. Nazwy na tyle czytelne, że każdy domyśla się co nas tam czekało. Z drugiej strony nawet najlepsze zdjęcia nie oddają urody tych miejsc. Każde na swój sposób ciekawe, każde ze swoją historią i każde w … pocie czoła przez nas pokonane 😅.















Jura to przede wszystkim skałki, a jak skałki to odcinki góra – dół. I tak w istocie było. Przyznam się, że dużo bardziej odpowiadały mi podbiegi niż krótkie, bardzo strome i „wyślizgane" zbiegi.








Ale uspokajam, były też w miarę płaskie odcinki, w których przy pięknej jesiennej pogodzie, do woli mogliśmy podziwiać piękno jurajskich krajobrazów. Mnie najbardziej utkwił w pamięci drugi fragment trasy, gdy przebiegaliśmy wzdłuż pięknej leśnej rzeczki.






Jak to w moim przypadku słów parę o oznakowaniu trasy. Perfekcyjne – i tyle w temacie 👏👏👏. Tabliczki, strzałki, jaskrawe znaki na nawierzchni. Można by rzec, że nie sposób się zgubić. A jednak na drugim kilometrze, duża grupa ze mną pośrodku, mimo widocznego oznakowania, wybrała szeroką drogę prosto, zamiast ostrego skrętu w górę 😂. Ale co to z dwieście metrów nawrotki przy trzydziestu kilometrach trasy 😅😉.




Wyżywienie też i obsługa też niczego sobie. Fajni ludzie, wiecznie uśmiechnięci, powiem aż chce się zatrzymać, przekąsić co nieco i trochę pogadać 👍😋👏.


Wielkie podziękowania dla osób kierujących ruchem 👏👏👏, jak zwykle i Policja i Straż Pożarna wykazały się w tym względzie pełnym profesjonalizmem. A ja, jak to przy każdym biegu nie mogłem sobie odmówić zrobienia wspólnego zdjęcia z przedstawicielką tych służb 😉.

NIESPODZIANKI I ZASKOCZENIA

Tutaj wspomnę o kilku ciekawostkach związanych z tym biegiem.

1.   Oznakowanie kilometrów. Po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją, że tabliczki wskazywały nie na którym jesteśmy kilometrze, ale ile kilometrów pozostało do mety. Przyznam się, że trochę trwało zanim to rozgryzłem 😉. Przy mijaniu pierwszych tabliczek rozmieszczonych co pięć kilometrów miałem wrażenie, że biegnę … pod prąd 😉😂. Bo  cyfry na tabliczkach były coraz … niższe. Dopiero gdy do mety pozostało osiem kilometrów, tabliczki zaczęły pojawiać co kilometr, a pod cyfrą pojawił się dopisek „do mety”. Myślę, że to był bardzo dobry pomysł i jakoś tak w końcówce biegu nastrajał bardzo optymistycznie 😃. 



2.  Drugie zaskoczenie to widok na obrzeżach rezerwatu przyrody … kopalni. A konkretnie kopalni dolomitu z informacją o wystrzałach, ciężkim sprzęcie itp.






 3. Jako uczestnik kilku biegów z cyklu Tour de Zbój zdążyłem poznać Sławka Konopki jako świetnego organizatora. Teraz mogłem poznać Jego zdolności w zakresie … budowy mostów 😉. Podczas odprawy technicznej poinformował On nas, że na jednej z rzeczek samodzielnie zbudował mostek dla biegaczy. Z ciekawością biegłem żeby zobaczyć to cudo. I powiem, że była to bardzo solidnie wykonana konstrukcja, skoro nawet ja bezpiecznie ją pokonałem 😅.

4.   Pogoda. Tutaj specjalnego zaskoczenia nie było. Przewidywania i zapowiedzi Sławka co do pogody przegrały z … „Klątwą Reclika” 😂😱. Początkowo rzeczywiście pogodę mieliśmy iście złotojesienną. Ale na jakieś pięć kilometrów przed metą zaczęło lekko kropić, a już ostatni kilometr i wbiegnięcie na metę, to padało bardzo konkretnie. Tak więc moi drodzy, sprawdzajcie listy startowe i jeśli ja na nich jestem, zabierajcie na trasę kurtki przeciwdeszczowe 😉😅.

PARĘ LUŹNYCH MYŚLI NA SAM KONIEC

Te nowe biegowe zawody w cyklu Tour De Zbój mają, moim zdaniem, duży potencjał. Piękne, niespecjalnie eksploatowane biegowo miejsce, sprzyjający termin, mnóstwo niespodzianek na trasie, różne dystanse do wyboru – wszystko to sprawia, że zadowoleni powinni być zarówno doświadczeni biegacze górscy, jak i zawodnicy stawiający swoje pierwsze kroki w bieganiu trailowym.

Niby nie przywiązuję do tego specjalnej wagi, ale doceniam również dbałość organizatora o takie szczegóły jak imienny medal dla każdego na mecie, bo o imiennym numerze startowym nawet nie wspominam.


A ja rozkoszując się pysznym bograczem 😋 (po raz pierwszy wybrałem wersję vege, Monika masz zbyt duży wpływ na mnie 😉) zdążyłem jeszcze zrobić sobie zdjęcie z medalem na ściance.

Uciekając przed deszczem do smochodu rzuciłem okiem na plan trasy wywieszony w miasteczku biegowym i porównałem go z trackiem przebytej przeze mnie trasy. I aż nie mogłem uwierzyć, ale przy moich „zdolnościach orientacyjnych” wszystko się zgadzało 😀. A może to zasługa Darka, który usprawnił nieco mój zegarek 😉.


Pożegnałem się z tym cudnym miejscem i w myślach już sobie powiedziałem „do zobaczenia za rok na najdłuższym dystansie”. A do Sławka mam tylko małą reklamację … nie spotkałem smoka 😂😂😂, chociaż było sporo śladów jego obecności 😉.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ultra (Z)uchwałe (A)ktywności (D)obrze (E)kstremalnymi (K)niejami czyli witajcie w mojej bajce

Pisząc o Ultra ZADKU piszę każdorazowo o miejscu, w którym uwielbiam biegać. Napiszę nawet więcej - a mam do tego subiektywne prawo – o miejscu, w którym odbywa się najlepszy trailowy festiwal ultra w Polsce. Cztery lata temu, grupa zapaleńców postanowiła w pierwszą sobotę marca zorganizować dwa biegi. Zaufało im dwieście osób. Ja byłem jednym z uczestników dłuższego dystansu. W mojej blogowej relacji napisałem wtedy, że byłem świadkiem narodzin wielkiej biegowej tradycji. Nie pomyliła się ta grupka zapaleńców, ale i nie pomyliłem się i ja. Ultra ZADEK version 2026 to cztery dystanse (30 km, 50 km, 70 km i 100 km) i przeszło 450 uczestników (limit kilkukrotnie powiększany, a i tak spróbujcie znaleźć miejsce miesiąc przed startem 😀). Gdybym miał w punktach opisać fenomen, a zarazem indywidualność tego festiwalu to zwróciłbym uwagę na następujące kwestie: 1.  P rofil na Facebooku nie pozwalający o sobie zapomnieć przez cały rok. 2. Kapitalne festiwalowe wydawnictwo: co? gd...

Jadalne kwiaty, sesja leżakowa i pięć pętelek czyli ULTRA BŁATNIA dla KAZIKA w wersji ... reclikowej 😉😅

  Gdybym napisał, że na Ultra Błatniej w edycjach zimowej i letniej startuję od zawsze, to … niewiele bym się pomylił. I wyobraźcie sobie, że teraz miało mnie nie być. 😱 Tak się złożyło, że termin imprezy pokrywał się z pierwotnym terminem Festiwalu Biegowego w Piwnicznej-Zdroju, na który się wybierałem wspólnie z synem. I wiecie co? Ultra Błatnia, jak miała się odbyć, tak się odbyła, a organizatorzy biegania w Piwnicznej z września przenieśli je na lipiec, by po krótkim czasie w ogóle imprezę odwołać.  A ja otrzymałem cenną lekcję, żeby nawet nie myśleć o innych biegach, gdy legendarna wiata w Jaworzu, z niezwykle smakowitym wyposażeniem, na mnie czeka. 😋 I z takim przekonaniem i czystym sumieniem zaklepałem sobie numery startowe tych zawodów ultra dla … nieultrasów na najbliższe … 12 lat. 😂 Każda edycja Błatniej ma swojego bohatera. Tym razem zbieraliśmy środki dla cierpiącego na dystrofię mięśniową Duchenne’a 3-letniego Kazika Sromka. Czy uwierzycie, że trzeba zebr...

ULTRA BŁATNIA 24H DLA KSAWEREGO

  Moja kolejna relacja z Błatniej. I pewnie myślicie co nowego można napisać z imprezy, która odbywa się dwa razy do roku i na której od wielu lat się bywa ? A ja niezmiennie odpowiadam, zawsze mam potężne dylematy co pominąć, co skrócić, bo tak wiele się dzieje. I zawsze straszę Magdalenę, Mateusza i Grzegorza, że zostanę tu kiedyś pełną dobę i napiszę … epicką relację 😱😂. I Oni zawsze słuchają tej mojej zapowiedzi z przerażeniem w oczach. I bynajmniej nie martwią się rozmiarami mojej opowieści, ale tym, czy ten dobrze zaopatrzony bufet byłby w stanie wytrzymać moje wizyty przez całą dobę 😂😋. Nie uwierzycie, ale robiąc te kilometry na poszczególnych pętlach, przyplątała się do mnie pewna szlagierowa piosenka zespołu Baciary, którą usłyszałem na jakimś plenerowym festynie poprzedzonym biegiem. Przyplątała się i odczepić nie mogła 😉. I już oczyma wyobraźni słyszę te głosy oburzenia – Reclik ty słuchasz takich piosenek ? 😱 A ja zawsze zastanawiam się jak to możliwe, że pios...