Przejdź do głównej zawartości

ULTRA BŁATNIA 24H CHARYTATYWNIE DLA FRANIA

 

Ja te imprezy związane z bieganiem na Błatnią powoli przestaję ogarniać 😉. Dwa razy do roku piszę relację z biegu gdzie trasa jest ta sama, szczyt jest ten sam, wiata jak zwykle oferuje mnóstwo pysznego jedzenia, a ludzi jak zawsze jest od groma. Pomyślałby ktoś: Dzień Świstaka w wersji … biegowej 🤔😉. A jednak nic bardziej mylnego. Gdyby tak było, od razu włączyłaby się naczelna zasada Reclika – nie przyjeżdżam dwa razy na ten sam bieg.

Błatnia potrafi zaskakiwać, oj jak bardzo potrafi zaskakiwać. I także na tegorocznej edycji takich pozytywnych zaskoczeń z moim udziałem „trochę” się znalazło i o nich poczytacie w drugiej części relacji. A czym chciałbym tę relację rozpocząć? Długo szukałem „słowa-klucza”, które powoduje, że w brzydki, pochmurny i mglisty dzień ludziom w szerokim przekroju: od przedszkolaka do seniora (te drugie to o mnie😀) chce się ruszyć tyłki i zameldować w Jaworzu.

I jako stały uczestnik wydarzenia pod nazwą „Ultra Błatnia Charytatywnie 24h” chyba to słowo znalazłem 👍.

Kto z nas nie zna powiedzenia, że rodzina jest w życiu najważniejsza? Kto z nas nie żartował, że z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na fotografii? Wreszcie, kto nie słyszał, że biegacze tworzą wielką biegową rodzinę?

I to o RODZINIE będzie pierwsza część relacji. O rodzinie traktowanej tak bardzo z poważna, ale też o rodzinie opisanej z lekkim przymrużeniem oka.

Każda Błatnia ma swojego małego bohatera. Dziecko, które wspieramy naszą obecnością, ale i zebranymi środkami. Tym razem był to 4-letni @waleczny_Franio. I tak jak całym sercem zawsze życzę tym małym-wielkim wojownikom zwycięstwa w ich walce, to także zawsze podziwiam ich bliską RODZINĘ – rodziców, rodzeństwo czy przyjaciół. Podziwiam Was za ogromną determinację, hart ducha, mocny charakter, które powodują, że mimo wielu trudności potraficie iść do przodu i walczyć o to co najlepsze dla dziecka 👏👏👏. Podziwiam Was także za uśmiech i humor, które powodują, że człowiek chodzi na tę Błatnią tam i z powrotem, za dnia i w nocy, z góry zakładając (jak jest ze mną), że się gdzieś tam … pogubi 😉.




Nie byłoby Ultra Błatniej bez mieszkańców Jaworza. Słuchając przed startem wystąpienia wójciny Anny Skotnickiej-Nędzki uświadomiłem sobie, że tym wydarzeniem żyje cała gmina. Część mieszkańców aktywnie startuje w zawodach, ale wielu po cichu i anonimowo, piekąc przepyszne ciasta, pozyskując sponsorów czy pomagając na inne sposoby włącza się w organizację tego wydarzenia 👏. Myślę, że pani wójt mi wybaczy, ale przy tej okazji muszę wspomnieć o trzech osobach, które w tych szczególnych dniach są dla mnie najważniejszymi personami w Jaworzu. Mam na myśli Magdę, Grzegorza i Mateusza czyli szefów Stowarzyszenia Ultra Błatnia Charytatywnie. Moi drodzy życzę, aby nigdy nie zabrakło Wam zapału i chęci z jakimi organizujecie te zawody. I obyście zawsze mogli liczyć na wsparcie Waszych RODZIN i RODZIMEGO Jaworza, bo mając taką mocną ekipę za sobą, wierzę że będę się u Was pojawiał do … setki 😅.



Jakiś czas temu przyjęty zostałem do grona ekipy Spartanie Dzieciom, która zrzesza biegaczy z całej Polski. Poznacie nas po czerwonych pelerynkach, tarczach, hełmach czy włóczniach, z którymi startujemy w zawodach lub odwiedzamy dzieci w wybranych placówkach. W największym gronie startujemy w Maratonie i Półmaratonie Warszawskim. Ale od czasu do czasu włączamy się w akcje charytatywne podczas lokalnych wydarzeń. Ogromnie się wzruszyłem i uradowałem, że w kameralnym gronie mogliśmy się pojawić na Ultra Błatniej, pobiegać i wręczyć czek Frankowi. Dziękuję za tę decyzję szefostwu Spartan i spiritus movens całego zamieszania czyli Andrzejowi Gorzawskiemu 👏. I tylko jednego nie rozumiem, dlaczego Andrzej nazywany jest przez pozostałych „naszą maskotką”, ale myślę, że to chyba pozostanie RODZINNĄ, spartańską tajemnicą 😉.



Na Ultra Błatnią zawitałem przypadkowo w drugiej edycji i zostałem już na zawsze. I jak sięgam pamięcią, początki były bardzo trudne. Wyjeżdża Reclik z Rybnika do Jaworza i po wielokrotnym zgubieniu drogi😉, melduje się sam jak palec pod słynną wiatą. Taki kompletny noł nejm, bez znajomości nikogo z obecnych. Ani się kogo zapytać o oznakowanie trasy, że o kwestiach bufetowych już nie wspomnę 😉. I wtedy podchodzą Nowaki (nie chodzi o tych z kabaretu, ale równie słynnych😃)  czyli Justyna i Marek, serdecznie witają się ze mną choćbyśmy znali się od dawna i mówią: „to my ciebie … zaadoptujemy” 😂. I od tego czasu każdy biegacz wie, że Nowaki to moja adopcyjna RODZINA, a że Nowaki znają wszystkich i wszyscy znają Nowaków, to i przy okazji wszyscy poznali Reclika. Justynko i Marku przy tej okazji przepraszam, że część z moich „wyczynów” idzie na Wasze konto i głośno oświadczam, że moje geny gubienia się na trasie i apetytu nie pochodzą od Nowaków 😉😂.



Mam taką wewnętrzną satysfakcję, że to już kilkunasta edycja wydarzenia, a za każdym razem towarzyszy mi na niej ktoś z RODZINNEGO Rybnika. Tym razem byli to Irek, Adam, Paweł, Andrzej, że o kolorowej Kaśce nie wspomnę. Fajnie było z Wami przyjechać do Jaworza i wesprzeć Frania. Dziękuję za wasze otwarte na pomaganie serca. Ale dzień zrobiła mi opowieść Adama. Znaliśmy ją wszyscy, ale nie ma to jak usłyszeć ją z ust głównego bohatera. „Dawno, dawno temu, na jednej z pierwszych, zimowych edycji Ultra Błatniej zapadł zmierzch, a ja ze znajomym zgubiliśmy trasę. Na duchu podtrzymywała nas wtedy jedynie myśl, że widząc pojedyncze wydeptane ślady na śniegu domyślaliśmy się, że ktoś przed nami już tamtędy szedł. Przyśpieszyliśmy tempa i tym sposobem dobiegliśmy do … Reclika. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia i to wtedy czuliśmy 😂😱. Brzmi dramatycznie? Nic z tych rzeczy – koniec końców znaleźliśmy drogę do schroniska i w dobrym zdrowiu pojawiamy się na kolejnych edycjach wydarzenia 😅.

I wreszcie na koniec nie sposób nie wspomnieć o uczestnikach. W tym szczególnym dniu tworzymy jedną, wielką RODZINĘ, wspieramy się i wzajemnie dopingujemy na wszelkie sposoby. Kompletnie nie ma znaczenia czy jesteśmy jednymi z najlepszych w Polsce biegaczami czy też stawiamy w tym sporcie pierwsze kroki. Nieważne czy okażemy się zwycięzcami tej edycji czy tylko wolniutko zaliczymy jedną pętelkę.






Fajnie jest spotkać się w tym magicznym miejscu, pogadać przed startem, mobilizować się, poprzybijać piątki na trasie czy może przekąsić wspólnie to i owo pod wiatą. To był nasz wspólny czas poświęcony Franiowi, w którym mieliśmy okazję pokazać nasze wielkie serca i śmiało możemy stwierdzić, że kolejny raz nie zawiedliśmy. Wielkie, wielkie brawa Błatniowa RODZINKO 👏👏👏 .






Z RODZINĄ najlepiej wychodzi się na zdjęciach. W przypadku Ultra Błatniej to powiedzenie ma inne znaczenie. Bo przecież jak za fotorelacje z trasy biorą się świetni fotograficy to i zdjęcia będą doskonałe i biegowa RODZINKA pięknie się będzie na nich prezentować 👍. Już nie mogę się doczekać galerii zdjęciowych pokazujących sam bieg, a szczególnie … jego kuluary 😉.




Ale jak to mówią - w każdej, nawet najlepszej RODZINIE, czorno owca zdarzyć się może, to przed Wami druga część relacji czyli Reclik na Ultra Błatniej XII (bo tyle mi wyszło z wyliczeń, ale może i tu jestem potracony 😉).

To nie miało prawa udać się … bezboleśnie i tak w istocie było. No bo jak się miało udać, jeśli dzień przed startem z komunikatu technicznego człowiek się dowiaduje, że prosta jak strzała trasa, została jeszcze bardziej … uproszczona 😂😱. Jak oni to mogli zrobić uczestnikowi, który kilka lat opanowywał trasę i myślał, że metodą wielu zagubień wreszcie ją ogarnął 😉🤔.

Trzeba powiedzieć jedno: organizatorzy pocieszali mnie na wszystkie sposoby. Magda zaintrygowała hasłem, że w bufecie przygotowała dla mnie coś specjalnego. A Mateusz zauważył, że warunki na trasie są całkiem okey, i tylko Grzesiek uśmiechał się pod nosem słysząc te słowa 😉.

Widząc jak niepewnie to wszystko wygląda, podświadomie szukałem czegoś na czym można się oprzeć. Nic więc dziwnego, że swoje pierwsze kroki skierowałem do … bufetu 😉. A tam już wszystko czekało na uczestników wydarzenia czyli na mnie też 👍. „Skubnąłem” na słodko tego i owego, czując, że cukry znalazły się na odpowiednim poziomie 👍😋. Teraz już mogłem spokojnie odebrać pakiet startowy. Na Błatniej w przypadku Reclika są dwie kwestie święte, których nikt nie ma prawa zmieniać. Pakiet zawiera mój numer startowy zgodny z moim wiekiem w danym roku oraz czeka na mnie książka o tematyce … kucharskiej 😂. Czego ja już nie  mam? Jak przygotować potrawy z lasu, kuchnię włoską itp. Powiem Wam piękne … teoretyczne lektury. Ale w tym roku tytuł mnie zaskoczył: „Jedz pysznie i … chudnij”. Magda czy Ty coś sugerujesz??? 🤔😉😱

Nie było zbyt wiele czasu na rozmyślania, bo po setce przedstartowych spotkań i powitań, w mocnym gronie przeszło trzystu uczestników (jak mi się ta liczba ładnie skojarzyła ze Spartanami) w samo południe ruszyliśmy na Błatnią.

Już pierwsze metry pokazały, że łatwo nie będzie. Na trasie była diabelska alternatywa: albo grzęźniemy w błocie, albo ślizgamy się po lodzie 😱. Trzeba się było nieźle nagimnastykować, żeby poruszać się do przodu i przy okazji nie fiknąć koziołka 😅.



Ale wreszcie po tej nierównej walce ukazała nam się królowa całego wydarzenia czyli Błatnia ze słynnym tronem-fotelem.


Teraz tylko zbieg do mety i pierwsza pętla zaliczona. Łatwo powiedzieć, szczególnie w sytuacji, gdy nie było jeszcze trzynastej, a nas zaczęła już spowijać … mgła.

Na szczęście na nizinach widoczność była na tyle dobra, że wiatę dostrzegłem z daleka. Na Ultra Błatniej ważny jest odpowiedni dobór i kolejność konsumowania potraw. Ja zawsze zaczynam od tego co znika najprędzej czyli od … słodkości 😋😊, a wierzcie mi było w czym wybierać 👏.

Na drugą pętlę wyruszyłem w obecności Tomka Wysockiego. To były świetne kilometry poświęcone rozmowom o życiu i fotograficznej pasji 👍. Stąd zupełnie nie przejmowałem się opiniami mijanych po drodze „nieżyczliwców i zazdrośników”😉, którzy śmiali się, że Reclik nie dość, że może liczyć na fory w wyżywieniu, to jeszcze przydzielili mu osobistego fotografika na trasę 😂. To też był ten odcinek, na którym złamał mi się jeden z kijków. Wiele lat towarzyszyły mi na biegach i niestety nadszedł ich kres.


Siłą rzeczy pierwsze skojarzenie nasuwało się samo - Magda i przekazana mi książka 😉. Czyżby faktycznie jestem za ciężki? 🤔 Tylko dlaczego złamał mi się tylko jeden kijek?🤔 I wreszcie przypomniałem sobie. Część zawodników przed biegiem otrzymała artystyczne kamienie z prośbą o pozostawienie ich w dowolnym miejscu na trasie. Ja swój włożyłem do kieszeni, zupełnie o nim zapomnając. I dziwnym trafem kijek złamał się akurat po tej stronie kurtki, gdzie był kamyk. Przypadek? 😉🤔 Jednak  „najprawdziwszą” prawdę o tym złamanym kijku zna tylko Tomek, ale obiecał nie puszczać pary z ust 😉😂😱.



I tak z jednym kijkiem zaliczyłem spowitą mgłą Błatnią i ruszyłem w drogę powrotną. I wtedy nastąpiło … zagubienie number one 😱. Na mocno błotnistym zbiegu, nie wyhamowałem na zakręcie i poleciałem „troszkę” dalej. Powrót w takich warunkach zawsze bywa trudny. Na szczęście wiata na mnie czekała, a wraz nią Marek Nowak, który tym razem pełnił rolę … majordomusa 👍. A taki to i Reclika wysłucha i napoi pyszną herbatką. A gdy do tego Magda pokazała mi obiecaną niespodziankę czyli pełne kosze przeróżnych kanapek, to przekąszając je z apetytem 😋, po raz pierwszy ogarnęła człowieka pokusa, aby dalej już nie lecieć.



Jednak przezwyciężyłem te złe podszepty 😉 i wyruszyłem na pętlę numer trzy. Tu już mgła była całkiem spora, a w okolicach schroniska na Błatniej przywitał mnie półmrok.


Nic zatem dziwnego, że postanowiłem trochę przyśpieszyć, żeby przed zapadnięciem zmroku zawitać do wiaty. Fajnie, że miałem przed sobą parę biegaczy, poruszających się mniej więcej w moim tempie. Zatem zachowując dystans mogłem nie patrzeć po szlajfkach, tylko skupić się na tym, żeby się nie wywalić na tej bardzo wymagającej trasie. Jednak w pewnym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza – lecimy już jakiś czas i ani jednego biegacza na trasie, szlajfek też jakby nie było 😱. Doścignąłem parę przede mną i zapytałem czy aby nie pomylili trasy? Za wszystko wystarczyła mi ich odpowiedź: "panie, ale my nie z tego biegu" 😂😱. Wróciłem się zatem do najbliższej szlajfki, a wtedy okazało się, że skręciłem w jakąś ścieżkę dydaktyczną. I powiem Wam, bardzo wiele nauki wyniosłem z tej lekcji 😅. Och z jaką ulgą, w tej potężnej mgle i kierując się ... węchem 😉, dotarłem po raz trzeci do wiaty. Po słodkościach, kanapkach przyszedł czas na zupy. Wybrałem dla siebie żurek. Jakaś młoda wolontariuszka zaczęła przygotowywać dla mnie porcję i wtedy do końca życia nie zapomnę łagodnego upomnienia jakie wtedy otrzymała od innej doświadczonej wolontariuszki - to jest dla Reclika, nabierz z samego dołu 😂😉. W efekcie otrzymałem talerz pełen jajek 😋, jak to zażartowała jedna z moich znajomych, chyba od ... strusia 😂.

Noc ciemna, czołówka na głowę i zdobywam Błatnią po raz czwarty. W takich warunkach jeszcze nie biegałem. Błoto, lód, lekki deszczyk, a do tego taka mgła, że ledwie swoje stopy widziałem 😱. Cudem udało mi się nie pomylić trasy. I tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju 🤔. Widziałem jedynie jakieś zamajaczone sylwetki z czołówkami, kompletnie nie wiedziałem kto zacz, a jednak słyszałem pozdrowienia: cześć Jacek, jak ci idzie? Skąd oni wszyscy wiedzieli że akurat mijają się ze mną?🤔  Po którymś kolejnym przywitaniu nie wytrzymałem i zapytałem. Odpowiedź rozbawiła mnie do łez: a widzisz tu inną osobę co biega z jednym kijkiem? 😉😂 Na nizinach aż takiej mgły nie było, stąd światła z wiaty dostrzegłem z daleka. A tam grill z pyszną kiełbasą i krupniokiem. Magda osobiście dopilnowała, żeby trafiły mi się najbardziej przypieczone i … najdłuższe kawałki 😉😋. To była bardzo konkretna uczta, ale spożywana w nerwach, bo Tomkowie-fotograficy upatrzyli sobie mnie jako obiekt do swoich artystycznych eksperymentów 😉. Potem jeszcze musiałem to zagryźć … kilogramem pomarańczy i nadszedł czas pożegnania. Był medal, który ze wzruszeniem powiesiłem na szyi🥲, było głośne westchnienie ulgi dobiegające z bufetu 😉, ale były i serdeczne wzajemne podziękowania wymienione z trójką muszkieterów czyli Magdą, Grzegorzem i Mateuszem 👍😃. Jednocześnie przypomniałem im, że cały czas w grze jest moja propozycja, abym na najbliższej letniej edycji, zamiast biegania, mógł w pełni poświęcić się roli majordomusa w bufecie. Zgłosiłem nawet parę ciekawych rozwiązań w tym temacie 😉😀. Nie dostrzegłem jednak entuzjazmu w oczach szefów wydarzenia. A że potrafią się bawić i to z rozmachem, pokazała Magda, żegnając mnie figurą gimnastyczną rodem z … pole dance 😉👏.



Jeśli ktoś dobrnął do końca tej opowieści napiszę tak: biegłem tylko 4 pętle, w sumie 33 kilometry, a i tak nie zdołałem poruszyć … wszystkich wątków 😉😂. Ale ta opowieść nie ma swojego zakończenia, bo przecież widzimy się znowu na przełomie sierpnia i września na letniej edycji Ultra Błatniej Charytywnie.

Jeśli kogoś ta relacja rozbawiła, a może wzruszyła, to proszę o bardzo niewiele: wpłaćcie złotówkę, może dwie na koszty leczenia i rehabilitacji małego Frania, walecznego wojownika:

https://sercadlamaluszka.pl/nasi-podopieczni/franciszek-feruga

https://www.siepomaga.pl/ultra-blatnia-24h-dla-walecznegofrania

Ps. W relacji wykorzystałem także zdjęcia Tomasza Wysockiego, Tomasza Dury i Marka Nowaka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ULTRA ZADEK - Dziki Orła Cień czyli 70 km na … kijkach

  Trzecia edycja Ultra ZADEK i mój trzeci w niej udział. O moich poprzednich startach w Key-Key napisałem już tysiące słów i pewnie teraz mógłbym napisać ponownie sążnistą relację. Ale całkiem niedawno przysłuchując się pewnej ważnej dla mnie dyskusji, ważnych dla mnie osób usłyszałem, że kluczowe jest … usystematyzowanie przekazu, cokolwiek to znaczy 😉. A dla Reclika znaczy to tyle, że z perspektywy trzech kolejnych startów można tę moją relację trochę … uporządkować, co nie znaczy, że stanie się przez to … krótsza 😀. Zdjęcie ze strony biegu  Stąd moi Drodzy Czytelnicy, cała prawda o ZADKU w … 15 punktach. Kolejność nie ma znaczenia, a może i … ma 😉. 1.     WYŻYWIENIE czyli zaczynamy od sprawy najważniejszej. Na te zawody nie trzeba brać niczego do jedzenia i mówi Wam to ... Reclik. Nie potrafię ogarnąć do końca proporcji między zadkowym bieganiem a zadkowymi bufetami 🤔😉. A w zasadzie co na ZADKU czemu służy 😂. Idealne rozmieszczenie bufetów co 10 kilometr...

ULTRA BŁATNIA CHARYTATYWNIE 24H DLA KRYSTIANKA

To już była jedenasta edycja Ultra Błatniej i przy okazji zaliczyłem swój mały jubileusz, bo do gościnnego Jaworza zawitałem po raz dziesiąty. Ja, u którego świętem jest trzykrotny start na tym samym biegu, w tym przypadku całkowicie straciłem głowę i przy okazji … żołądek 😉 dla tego wszystkiego co się zaczyna w pewnej wiacie, a kończy na szczycie Błatniej i … tak w koło Macieju. Trasa biegu prosta jak konstrukcja cepa – pika w górę z pewnym bagiennym odcinkiem przed szczytem i pika w dół. Oczywiście ja zawsze jakimś dziwnym trafem wprowadzam pewne innowacyjne przebiegi i nie inaczej było tym razem 😉. Wyżywienie – palce lizać i tu organizatorka Magdalena zaskoczyła mnie pewnym rozwiązaniem. O tym wszystkim poczytacie w tej relacji.  Ale jest coś, co za każdym razem sprawia, że mnie staremu chłopu ciężko ukryć wzruszenie. To bohater każdej edycji – dziecko, które wymaga naszej pomocy ❤️. Pomocy finansowej, ale myślę, że też pomocy takiej od serca – pokazania, że kilkaset osób z ...

DZIEŃ DOBRY KĘDZIERZYN-KOŹLE. FESTIWAL BIEGOWY. TRIADA

Ten weekend obfitował w wiele ciekawych imprez biegowych i wierzę, że jeśli tylko ktoś zechciał ruszyć się z kanapy to na pewno wybrał coś dla siebie. Ja w zasadzie wyboru nie miałem – musiałem pojawić się w Kędzierzynie-Koźlu na piątej, jubileuszowej edycji Festiwalu Biegowego „Dzień Dobry Kędzierzyn-Koźle”. Powody były dwa. W zeszłym roku zapisałem się na maraton, ale … pomyliłem godziny i ledwie zdążyłem na połówkę 😉. Tam zająłem miejsce na pudle i tak się tym faktem ucieszyłem, że po dekoracji od razu pojechałem do domu. I jak już dojechałem, to dowiedziałem się, że gdybym został, to w losowaniu nagród dla uczestników na mój numer padła główna wygrana – weekendowy pobyt w hotelu 😱. Rok czasu pozwolił mi o tym zapomnieć, ale pewne rachunki do wyrównania zostały 😉. A teraz, z okazji jubileuszowej edycji, organizatorzy czyli Fabryka Aktywności XYZ poszli na całość i oprócz tradycyjnych dystansów 10 km, 22 km i 44 km w kategorii bieg, nordic walking i bieg z psem dołożyli coś ek...