Jadalne kwiaty, sesja leżakowa i pięć pętelek czyli ULTRA BŁATNIA dla KAZIKA w wersji ... reclikowej 😉😅
Gdybym
napisał, że na Ultra Błatniej w edycjach zimowej i letniej startuję od zawsze,
to … niewiele bym się pomylił. I wyobraźcie sobie, że teraz miało mnie nie być.
😱
Tak się złożyło, że termin imprezy pokrywał się z pierwotnym terminem Festiwalu Biegowego w Piwnicznej-Zdroju, na który się wybierałem wspólnie z synem. I wiecie co? Ultra Błatnia, jak miała się odbyć, tak się odbyła, a organizatorzy biegania w Piwnicznej z września przenieśli je na lipiec, by po krótkim czasie w ogóle imprezę odwołać. A ja otrzymałem cenną lekcję, żeby nawet nie myśleć o innych biegach, gdy legendarna wiata w Jaworzu, z niezwykle smakowitym wyposażeniem, na mnie czeka. 😋
I z takim
przekonaniem i czystym sumieniem zaklepałem sobie numery startowe tych zawodów
ultra dla … nieultrasów na najbliższe … 12 lat. 😂
Każda edycja Błatniej ma swojego bohatera. Tym razem zbieraliśmy środki dla cierpiącego na dystrofię mięśniową Duchenne’a 3-letniego Kazika Sromka. Czy uwierzycie, że trzeba zebrać 16 MILIONÓW? 😱. Wielu poddałoby się albo straciło nadzieję już na starcie. Ale nie rodzina, najbliżsi i tysiące ludzi dobrej woli skupionych wokół tej zbiórki. Dotychczas udało się zebrać przeszło 12,5 mln złotych. Pozostało do zebrania tylko i aż przeszło 3 miliony.
Myślę sobie, że z tą zbiórką jest trochę tak jak z biegami ultra. Meta niekiedy jawi się jako coś kompletnie nierealnego, a jednak dzięki determinacji i woli walki powoli zbliżamy się do celu. A skoro założenia podobne, to wesoła społeczność skupiona wokół Stowarzyszenia Ultra Błatnia 24h Charytatywnie nie mogła nie wspomóc przebiegniętymi kilometrami i zebranymi funduszami dzielnego wojownika Kazia. ❤️
Zatem z odpowiednim wyprzedzeniem, bo start w samo południe, zameldowałem się w pięknym Jaworzu u początków żółtego szlaku na Błatnią, aby pobiegać/potruchtać/pomaszerować w tym niezwykłym towarzystwie aktywnych wariatów, którzy układanie swojego kalendarza startów zaczynają od wpisania terminów zimowej i letniej edycji.
Kameralny
parking pękał w szwach, ale ja mam tam swoje stałe miejsce, które jakoś dziwnym
trafem zawsze do mojego przyjazdu pozostaje niezajęte. 😉 I tak za swój olbrzymi
sukces uznaję to, że od jakichś trzech edycji docieram na ten parking
najkrótszą drogą z Rybnika. 😂
Jednak jak już tam w końcu docieram, to w zasadzie nie wiem, od czego zacząć. Punkty są trzy i każdy z najwyższym możliwym priorytetem: przywitanie ze znajomymi, odbiór pakietu startowego i … przedstartowe pomaszkiecenie pod wiatą. 😋
I zanim zacznę opowieść o tym niezwykłym wydarzeniu, od razu muszę realnie uprzedzić: niewiele miejsca poświęcę na sam … bieg. Nie znajdziecie tu informacji o przewyższeniach, limitach, czasach czy miejscach, bo nie znam nikogo, kto sobie zawraca tym głowę na Ultra Błatniej. 😉 Ale jeżeli interesuje was, dlaczego Magdalena chciała zrobić ze mnie weganina, dlaczego viralowy cytat z TikToka zainspirował Rafała do wyjaśnienia pewnego socjologicznego zjawiska, w jak łatwy sposób organizatorzy podpadli mojej znajomej z Rybnika oraz jak ważnym rekwizytem na biegu jest … leżak, to ta opowieść jest dla was. 😅😉
Zatem,
cytując Grzegorza i Mateusza: popcorn w dłoń, kawa albo … coś innego do kubka i zapraszam
do lektury. 🍿☕😉
Szybki
przegląd moich trzech priorytetów i postanawiam zacząć od odbioru pakietu
startowego.
Czym ja tej Magdalenie podpadłem? Przywitałem się serdecznie, przytuliłem, szepnąłem dobre słowo, a ona, zgodnie z wielowiekową tradycją, losuje mi książkę … „Jadalne kwiaty”. Czyżby to była zawoalowana sugestia, że dzisiaj pod wiatą sobie … nie pojem i mam szukać jedzenia … na trasie? 🤔😂😱
Ogarnęły mnie czarne myśli i chyba musiałem coś głośno powiedzieć, bo nie uwierzycie: wracam z całym fajnym pakietem startowym do samochodu, a tam dobra duszyczka zostawiła mi pod bagażnikiem … jabłko i pomidor. 🍎🍅😂
Uprzedzę jednak fakty: podczas całych zawodów wyżywienie pod wiatą było na niespotykanym poziomie, a przecież co roku zawsze wychwalałem je pod niebiosa. Było tak kosmicznie, że zainspirowało mnie to, aby moich pięciu pętelek nie znaczyć kolejnymi zdjęciami z tronu na szczycie, ale … pysznościami, które pochłaniałem po zaliczeniu trasy z Jaworza na Błatnią i z powrotem, a nawet … przed startem. 😋
I właśnie, jak już ogarnąłem pakiet startowy, to chciałem tylko zobaczyć, co tam dobrego rozpakowują pod wiatą. Ja skubnąłem troszeczkę ciasteczka, Rafał łyczek kawy, pech chciał, że centralnie napatoczyliśmy się na … fotografika Tomka. I te kąśliwe uwagi znajomych: „Ten już przed startem je”. A przecież przed tak trudnym wyzwaniem węgiel ładować trzeba! 😂
Jeśli już jesteśmy przy fotografikach: „Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel – zrobić jak najlepsze zdjęcia i przy okazji upolować … Reclika”. To taka moja mała wariacja w temacie „Autobiografii”. 😜 W każdym razie Tomka, Łukasza i Zbyszka wszędzie było pełno i z niecierpliwością czekam na publikację galerii zdjęciowych. A co do tego „upolowania Reclika” – starałem się wypatrzyć ich w różnych zakamarkach trasy i … spełniać ich prośby, ale niesforny był ze mnie model.😉😨 Chcecie przykładu? Miałem odbić się i wylądować przed sporą kałużą. Odbić się i odbiłem, ale faza lotu była sporo dłuższa niż zakładałem i nawet udało mi się przelecieć nad tą kałużą, z naciskiem na „nawet”. 😂 W każdym razie o tych trzech panach ja złego słowa nie napiszę, przynajmniej … do publikacji zdjęć ich autorstwa. 😜
Jednak jak
się okazało, fotografików było w sumie ... czterech. I na galerię od Marcina
też czekam, bo ten to dopiero potrafił zaskoczyć. Biegał sobie z numerem
startowym, a przy okazji ... robił zdjęcia 😉. Prawdziwy człowiek renesansu .👍😀
Ja tu gadu, gadu o fotografikach, a tu na placu pod wiatą sporo znajomych czekało na przywitanie i fotkę.
Z góry rozgrzeszyłem się w myślach, że nie do wszystkich podszedłem, ale przedstartowy czas nie był z gumy. Pogadać troszkę przy okazji trzeba było, ale obiecałem zaległości nadrobić na trasie. Tomku z Mają, Klaudio, Grześku, Ryśku, Renato, Aniu, Agnieszko, Maxiu z Żoną – miło was było zobaczyć i przed startem, i na trasie. Jest to dla mnie pewna radość, że na hasło „Błatnia wzywa”, dwa razy do roku możemy się spotkać. W tym towarzystwie tylko Grzesiek, poznany na setce podczas Ultramaratonu 40 Rybnickich Rond, był tu debiutantem. Ale zrozumiałe jest, że był po raz pierwszy i nieostatni. 😉
Osobny akapit poświęcę Ewie i Darkowi, moim kochanym biegowym znajomym z Rybnika. Ile ja się „natrudziłem”, żeby ich ściągnąć na to wydarzenie (no dobra, wystarczyło krótkie hasło: „jedziecie?” 😜). Zgodnie z biegową tradycją Ewa zaklepała sobie numer startowy odpowiadający dwóm ostatnim cyfrom roku urodzenia. I co robią organizatorzy? Dają jej numer o jeden … niższy, czyli de facto postarzający ją o rok. 😱😂 Żeby to jeszcze chociaż dali w drugą stronę 😂. Musiałem użyć całego swojego uroku osobistego (dobrze, że sporo go mam 😉), żeby wyprostować tę skandaliczną (nie bójmy się użyć tego słowa 😉😂) sytuację. W akcie desperacji chciałem nawet czarnym flamastrem dopisać na jej numerze „+1”, ale zobaczyłem … wzrok Ewy i zrezygnowałem. 😂 Jednak jak się tak dłużej zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że pomyłka z numerem to na pewno była wina … jej męża Darka. A w takich sytuacjach Ewa zawsze przyznaje mi rację. 😉
Żeby uspokoić rozdygotane nerwy, przysiadłem sobie troszeczkę na quadzie, którego organizatorzy używali do cyklicznego objazdu trasy. Fotografowie w takiej sytuacji zawsze się znajdą, a ja dla lepszego efektu wziąłem do rąk kask. I wtedy podchodzi do mnie Wandzia, wciska mi w dłoń jakiś inny kask i mówi: „Widzisz tę nalepkę na kasku? Od teraz jesteś kibicem … GKS Czarnych Jaworze”. Wandziu, czy ty wiesz, że ja po powrocie do domu pół nocy sprawdzałem, z kim oni mają sztamę, a z kim kosę, żebym potem przypadkiem gdzieś nie oberwał? 😂😱
Przed samym startem to zawsze czas, że parę zdań do zawodników wygłasza rodzina dziecka, dla którego pokonujemy Błatnię tam i z powrotem. I to chyba jest jedyny moment, gdzie biegowe żarty ustępują miejsca wzruszeniu, a w niejednych oczach, w tym moich, zakręci się łezka. ❤️ Słuchając słów, które skierował do nas Tata Kazika, człowiek uświadamia sobie, ile ta rodzina przeszła, jak wiele sił i determinacji musi mieć, aby walczyć o zdrowie i życie synka. Słowa, które usłyszałem, miały stokroć większe znaczenie niż niejedna mowa motywacyjna. A w moim przypadku przełożyły się na mój osobisty rekord kilometrów, które pokonałem na tegorocznej edycji Ultra Błatniej.
A co jest jeszcze pięknego w tych zawodach, to fakt, że członkowie rodzin, których pociechom poświęcone były poprzednie edycje, aktywnie włączają się w organizację kolejnych. I tutaj duże brawa dla Mamy Frania, dzielnie i z uśmiechem obsługującej biuro zawodów. 👏❤️
Zaraz potem rozpoczęły się zawody, a ja wystartowałem z przemożną chęcią, żeby wreszcie … wygrać tę imprezę i zasłużyć na arbuza, którym obdarowywani są zwycięzcy. 🍉 Tej chęci wystarczyło mi na pierwsze … dwieście metrów. 😂 Spotkałem wtedy moją „adoptowaną” rodzinkę Nowaków, czyli Justynkę i Marka. Chwila na ustawienie się do zdjęcia, chwila na rozmowę i czołówka biegu znacząco mi odbiegła.
Ale za przez najbliższe kilometry korzystałem z okazji, aby pogadać z Sylwią i posłuchać jej opowieści o bieganiu w Alpach. I to jest ogromna zasługa tych zawodów. W sytuacji biegowej rywalizacji, wielu zawodników skupia się na swojej walce z kilometrami, a tutaj człowiek ma okazję na spokojnie porozmawiać o wielkim biegowym świecie. Tylko niech nikt nie odniesie błędnego wrażenia – ja mogę rozmawiać zawsze, tylko nie zawsze na zawodach mam chętnych do takiego lajtowego pokonywania kilometrów. 😂 Sylwia opowiadała z taką werwą i z takim zaangażowaniem, że ani się nie spostrzegłem, że dotarliśmy do ostatniego podejścia pod Błatnią.
A tam czekał na mnie Grzegorz – jeden z organizatorów – i własnoręcznie, na rozstaju dróg, trzymał szlajfkę, aby wskazać mi właściwy kierunek biegu. I bardzo dobrze, bo ja, pochłonięty rozmową i otaczającymi mnie krajobrazami, miałem w tym miejscu moment … zawahania. 😜
Chwilę potem dobiegli do mnie Rafał i Darek i wspólnie minęliśmy schronisko na Błatniej i wdrapaliśmy się na słynny tron. A tutaj bez zdjęć obyć się nie mogło. 📸
Darek pognał szybko w dół, bo dostał zgodę Ewy tylko na trzy pętelki 😉😨, a ja zacząłem analizę trasy pod kątem … wyżywieniowym, bo jeszcze wtedy nie wiedziałem, jak wypasiony bufet na mnie czeka. Grzyby owszem i były, ale chyba z lekka trujące, krzaki jagód zostawiłem na czarną godzinę, a żaden z napotkanych kwiatów nie zachęcał do skosztowania. 🌼😂
I w takiej
zadumie zastał mnie Rafał, który został moim towarzyszem biegu do końca tej i
całej następnej pętli, a w kolejnych zdecydowanym mistrzem drugiego planu,
chociaż jak się potem okazało, na palmę zwycięstwa w tej kategorii w pełni
zasłużyła Daria. 😂👏
Gdy już powoli zbliżaliśmy się do końca tego okrążenia, czekało na nas jeszcze spotkanie ze Zbyszkiem. Tym razem nie było głośnego powitania „Freedom!”, bo zamiast Williama Wallace’a z filmu „Braveheart – Waleczne Serce”, Zbyszek wcielił się w postać Deadpoola z Marvela. 😂
Pierwsza pętla zaliczona, a jako obiecany dowód załączam zdjęcie z bufetu 😋. Wyżywienie w legendarnej wiacie to nie był zbiór przypadkowych produktów, które Reclik będzie sobie spożywał. W takich miejscach nie może być improwizacji. 😎 Każdy mój pobyt tam miał swój lejtmotyw. Podczas pierwszego rządziły słodycze. A było w czym wybierać. Oczywiście skosztowałem … wszystkiego. 😋 Moje serce, a może … żołądek, skradły rurki z kremem. Gorąco pozdrawiam osobę, która je wykonała. ❤️ Niestety zrobiłem strategiczny błąd i sfotografowałem się z tacką tych rurek. Powiem wam, że przez chwilę czułem się jak słynny … Książulo 😉😃. Bo skoro Reclik robi sobie z nimi zdjęcie, to znaczy, że są warte uwagi. W efekcie tacka zniknęła w mgnieniu oka. 😂
Druga pętelka przede mną i kolejne mocne postanowienie – teraz będzie ogień. 🔥 Ogień może i był, ale spod butów, jak zaciągałem hamulec ręczny. 😂 Kolejni fantastyczni znajomi i to niektórzy dawno niewidziani. Na początek ekipa Zatyranych z Pilchowic. Znam ich doskonale, no może z … jednym malutkim wyjątkiem (pani na A. domyśla się, co mam na myśli 😉). Witałem się z nimi na trasie, a potem – po paru godzinach – żegnałem wieczorem przy ognisku. Świetni z was ludzie i jak szybko uczycie się na błędach, szczególnie Janusz, który po pewnej wpadce parę miesięcy temu, teraz bardzo starał się tak ustawić do zdjęcia, aby nikt go … nie wyciął. 😂 Bardzo wam także dziękuję za słowa, które wypowiedzieliście, że właśnie moja zaproszeniowa polecajka zachęciła was, aby tutaj przyjechać. Po czymś takim człowiekowi od razu robi się ciepło na sercu. ❤️
Pożegnałem jednych znajomych, a już powitałem Magdę z koleżanką. Uważam ją za fenomenalną ultraskę, tylko że przy kontaktach ze mną nabawiła się pewnej … traumy. 😉😱 Otóż nie potrafi mi zapomnieć, że zorganizowaliśmy kiedyś całoroczny „czelendż” polegający na tym, że gdy spotkamy się podczas jakichś zawodów rozgrywanych na pętlach, to walczymy o laur zwycięstwa na … pierwszej pętelce. Nie wiem, jakim trafem, ale wtedy … wygrałem. I było to moje jedyne zwycięstwo nad Magdą na przestrzeni dziesięciu lat wstecz i najpewniej dziesięciu lat … do przodu. 😂 I teraz miałem wrażenie, że Magda „specjalnie” wystartowała na Błatniej, gdy ja już byłem na … drugim okrążeniu 😉. Co nie zmienia faktu, że powitanie było nadzwyczaj serdeczne. ❤️
Chwilę później podbiegły do mnie Agnieszka i Ania, a Rafał w takim momencie wyskoczył z retorycznym pytaniem, dlaczego do mnie, a nie do niego? Ale Aga mu to bardzo logicznie wytłumaczyła, że zbiegając z górki, może podbiec tylko do jednej osoby, a ja byłem … bliżej. 😂
Podbieg pod Błatnią nie należy do łatwych, zatem wspólnie z Markiem i Rafałem, trochę utyskując, a trochę się wzajemnie motywując, mozolnie pokonywaliśmy kolejne metry. I wtedy spotkaliśmy … anioła. 😇 Nie wiem, jak ten anioł miał na imię, ale miał spory koszyk dobroci wszelakich i tym koszykiem, bezinteresownie, się z nami podzielił. Ja z Rafałem zadowoliliśmy się michałkami, za to Marek wybrał sobie jakąś puszkę i … nagle dostał ogromnego przyśpieszenia. 😂 Próbowaliśmy go z Rafałem gonić, ale byliśmy bez szans.
Przez Błatnią przelecieliśmy i tyle nas widzieli. Na zbiegu spotkaliśmy jeszcze trójkę wspaniałych dziewczyn, czyli Kasię, Bogusię i Wandzię. Dzięki ich postawie konto Kazika powiększyło się o konkretną kwotę, bo zebrały całkiem pokaźne grono sympatyków, którzy wpłacą pieniądze za każde ich zdobycie Błatniej. 👏❤️ Ale wcześniej był wesoły okrzyk z ich strony: "Cześć Jacek!" i serdeczne przywitanie się 😄. Rafał to znacząco skomentował: „A mówiłeś, że ty w zasadzie nikogo tutaj nie znasz. Czuję się jakbym był w środku wiralowego cytatu z TikToka: „Ja nie znam tej pani i nie chcę sprzedać jej futra!” 😂 Spokojnie mu wytłumaczyłem, żeby niczego mi tu nie komentował, bo przy okazji załapuje się na prawie każde zdjęcie, które zrobiłem na tej pętli. 😉 😂
Muszę jednak obiektywnie przyznać, że dobry był z niego biegowy towarzysz. Nadawaliśmy na tych samych falach, a żartom i wesołym dialogom nie było końca 👏. Bez dwóch zdań jest zdecydowanie lepszym biegaczem ode mnie, ale w kwestiach bufetowych to ja jestem niekwestionowanym autorytetem. 😎 Dlatego zakończenie drugiej pętelki uczciłem degustacją przepysznych kanapek w liczbie znacząco przewyższającą liczbę pętelek, które zrobiłem 😉. Koło Gospodyń Wiejskich nr 1 w Jaworzu, nie sprawdzałem do końca z czym były te kanapki, ale wiem jedno, poza urozmaiconym zestawem składników, włożyliście w ich przygotowania mnóstwo serca 👏😋💖. Rafała zaś skusiła sporej wielkości kiełbasa.
Potem rączo wystartowałem na kolejną pętelkę, a mój biegowy towarzysz, po swoim posiłku i pełnym żołądku, musiał trochę przystopować. 😉 Ja szybkim krokiem w górę, a z naprzeciwka prędko w dół podążała Małgosia. Parę zdań rzuconych w biegu, bo ta dziołszka to istny wulkan energii. 😅⚡
Trzecie okrążenie to był też czas spotkania z dawno niewidzianymi osobami, które wpadły tu na symboliczną pętelkę, może dwie, bo Błatnia na zawsze zagościła w ich sercach. ❤️ Serdecznie pozdrawiam Iwonkę z ekipą. Jak ja dawno ciebie nie widziałem i do dzisiaj pamiętam pierwszą lekcję nordic walking, którą odbyłem pod twoim okiem na Czantorii.
A za chwilę kolejne spotkanie, tym razem z Basią i Sebastianem. Normalnie na nich nakrzyczałem i powiedziałem, że poskarżę organizatorom, że znaleźli się poza oficjalną trasą. 😉😱😂 Tylko potem naszła mnie refleksja, że skoro widzimy się poza trasą, to co ja robię w tym miejscu? 😂
Takie
samotne przemierzanie trasy to była też doskonała okazja, aby podziwiać
przyrodę i piękne górskie widoki.
Pogoda
sprzyjała temu jak nigdy dotąd. Było rześko, słoneczko za chmurami, a wietrzyk,
jeśli był, to tylko symboliczny. 🌤️
Błatnia przywitała mnie tym razem wielką flagą z logo biegu. Świetna okazja, żeby zapozować i pognać w dół. 📸
Na dole Dorota z córeczką czekały na Marka, ale też wykonywały kapitalną robotę w okolicach wiaty. Motywowały do dalszej walki z kilometrami, wspierając uśmiechem i dobrym słowem. Bardzo dziękuję. ❤️
Dorota czekała na Marka, a ja postanowiłem poczekać na trójkę organizatorów, aby, jak głosi tradycja, zrobić sobie z nimi wspólne zdjęcie. Zakończenie trzeciej pętelki i oczekiwanie wykorzystałem na spałaszowanie pysznego krupnika. 😋
Czas mijał, a tu zawsze któregoś z panów brakowało. W końcu Magdalena oznajmiła, że jako zdjęcie organizatorów musi mi wystarczyć … ona, wzięła mój aparat i zrobiła sobie selfie. 😂
Krakowskim, o przepraszam … sosnowieckim, targiem 😉 ustaliliśmy, że ja wyruszę na czwartą pętelkę, a ona w tym czasie zbierze niesfornych panów do kupy. Postanowiłem, dla urozmaicenia, zrobić sobie kolejne okrążenie… pod prąd. 😜 Był to czas na pstryknięcie kolejnych zdjęć i krótkie postoje pod „Przykrą” i schroniskiem na Błatniej.
Był to też czas na zrobienie sobie zdjęcia z Anią, która, jak sama stwierdziła, wpadła tutaj, aby spotkać wielu dobrych znajomych. A jak robię sobie z kiś zdjęcie, to nagle, jak spod ziemi, pojawia się Rafał w świetnej formie i dobrym humorze. 😂
Potem pognałem na dół na spotkanie z Mateuszem, Magdaleną i Grzegorzem. I tutaj zonk – brakowało Matiego. Magda zaproponowała, aby trochę poczekać i przy okazji coś … przekąsić. 😋😉 Poprzednio był krupnik, to teraz spróbowałem równie smacznej pomidorowej. 🍅
I oczywiście nie mogłem odpuścić pysznego krupnioka, ogórka i chleba ze smalcem, podanego z gracją przez czuwających nad nami ratowników medycznych z ekipy CPS Rescue Flow. Podanie dania przez takie osoby gwarantowało pełne bezpieczeństwo spożywanych potraw. 😂🚑
Najedzony mogłem zapozować do wspólnej fotografii z organizatorami. Magdalena oznajmiła, że dość ma sztampowych zdjęć, więc będziemy pozować ... siedząc na leżakach. Czy wy myślicie, że ktoś z nas miał odwagę zaprotestować? 😂 Było zdjęcie przed leżakami, było zdjęcie na leżakach. Dwóch rzeczy nie przewidzieliśmy. Pojawienia się niekwestionowanej mistrzyni drugiego planu w postaci Darii (duże brawa za inwencję twórczą 👏😂) oraz tego, że jako zespół czterech osób jesteśmy kompletnie … nieskoordynowalni. Już wykonanie prostego polecenia założenia nogi na nogę w określonym kierunku rozłożyło możliwości naszej ekipy. 😂😂😂 Zresztą zobaczcie sami popisy Darii i nasze.
Z pełnym brzuchem, ale pięknie wymasowanym żartami podczas „sesji zdjęciowej”, wyruszyłem na piątą i ostatnią pętelkę. Wyruszyłem po jasności, ale wracałem po całkowitej ciemności, bo czołówkę zostawiłem w samochodzie. 😨😂
Ostatnie dwa kilometry to było: „Ciemność widzę, widzę ciemność”. Widziałem czołówki zawodników biegnących z naprzeciwka i zadawałem sobie pytanie, czy to aby na pewno są czołówki, a nie lampy jakiegoś pobliskiego … punktu granicznego, bo tak mocnym blaskiem świeciły. Musiałem chyba to pytanie zadać na głos, bo po chwili, przy mijaniu usłyszałem: „Kontrola graniczna, czy mam pan jakiś alkohol do oclenia?”. 😂 Rozświetloną wiatę powitałem z prawdziwą ulgą.
Mój licznik
zatrzymał się na liczbie 43 km, a ja mogłem z ogromną radością odebrać
okolicznościowy medal. 🏅
Kłamałbym, gdybym nie powiedział, że z niemniejszą radością zbliżyłem się do grilla i znajdujących się tam specjałów. Zabrakło płaskich talerzyków, ale może to nawet i lepiej, że zostały tylko głębokie. 😂 Była pyszna kiełbaska, był równie smaczny karczek, a potem deser z ciast wszelakich i owoców. 🌭🥩🍰🍎 No i wesołe towarzystwo osób z ekipy Zatyrani Pilchowice.
Wszystko, co dobre, ma swój nieuchronny koniec. Żal było opuszczać to wspaniałe miejsce, które dzięki zaangażowaniu i wielkiemu sercu Magdaleny, Grzegorza i Mateusza wielu biegaczy traktuje jak swój biegowy dom. ❤️ Ja na razie będę tu przyjeżdżał przez kolejne dwanaście lat, a co będzie potem ... czas pokaże 😉.
Trochę żartuję, ale to, co robi ta trójka młodych duchem ludzi (w tym jedna pani z miasta S. 😉), sprawia, że człowiek ma wrażenie, że uczestniczy w czymś wielkim, że wraz z innymi może czynić namacalne dobro. Fajnie przyjeżdżać tu z takim nastawieniem, fajnie spotkać na miejscu sporą armię ludzi myślących podobnie i wreszcie fajnie mozolnie i z pokorą wdrapywać się raz za razem na szczyt Błatniej z przeświadczeniem, że nasza biegowa zabawa przekłada się na niesienie pomocy. ❤️
MAGDALENO,
GRZEGORZU I MATEUSZU – ogromne dziękuję! 👏👏👏
Podobne podziękowania kieruję do wszystkich tych, którzy postanowili podjąć wyzwanie i zameldować się przynajmniej jeden raz na szczycie Błatniej 👏👏👏.
A jeżeli ktoś dotarł do tego miejsca i relacja mu się spodobała, to bardzo proszę o symboliczną chociaż wpłatę na leczenie Kazia. Każda złotówka mile widziana. ❤️

















































































Dziękujemy pięknie napisane cała gama emocji i anegdot jes pan super relacja pierwsza klasa i cel szczytny
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za tak miłe słowa 👏👍. Tylko jedno mi się nie podoba - ten "pan", proszę mnie nie postarzać, przecież ja dopiero za rok będę miał tyle lat ile na numerze startowym 😉😅
Usuń