Przejdź do głównej zawartości

FUN EASYRUN 24 NON STOP czyli Reclik kontra asfalt, maraton i ... zdrowy rozsądek

 

Druga połowa marca i druga połowa września to u mnie okres tradycyjnych hercklekotów (to po śląsku) związanych ze startem w Warszawie na asfalcie. Ja, który w ciągu roku robię tego asfaltu jednorazowo do 10 kilometrów i nagle muzę zrobić dystans dwu albo czterokrotnie dłuższy. Ja, który wybiera sobie imprezy kameralne i swojskie, nagle znajduje się w towarzystwie kilkudziesięciu tysięcy biegaczy. 😱

I tak na tydzień przed wyjazdem na te imprezy, podczas odkurzania butów na asfalt, ogarnia człowieka wizja zrobienia… próby generalnej przed pobytem w stolicy.

Ekipa Spartanie Dzieciom ma swoją grupę na Facebooku, a tam już od dłuższego czasu, co tydzień, zamieszczane były bardzo ciekawe artykuły mające pomóc nam w przygotowaniach do startu. Szczególnie utkwił mi w pamięci ten mówiący o harmonogramie treningów i startów. Kończył się on na tydzień przed Maratonem Warszawskim – potem już tylko… odpoczynek.

I tak sobie pomyślałem, jak to dobrze, że ja to w sumie nie biegam i nie trenuję, więc mogę ze spokojnym sumieniem wystartować w Raciborzu na imprezie, która w nazwie ma FUN i RUN, a jak dobrze poszukać, to na miejscu i EAT się znajdzie. 😂


Ja wiem, że dietetycy od dawna postawili na mnie krzyżyk, ale jeśli wśród czytelników tej relacji znajdzie się jakiś trener, to proszę o zasłonięcie przynajmniej jednego oka podczas czytania.😉

Impreza rozgrywana na twardej (nie licząc tartanu) 2,33-kilometrowej pętli w założeniu pozwolić mi miała na kompleksowe sprawdzenie swojej głowy i kości w zetknięciu z taką nawierzchnią.

Uprzedzając fakty – zetknąłem się z tą nawierzchnią bardzo poważnie, wykonując efektowny piruet, ale o tym w dalszej części. 😱😂

I pierwszy dylemat: impreza 24h, więc ile kilometrów można uznać za taki dobry sprawdzian?

10 km to chyba trochę za mało, a z kolei 100 to chyba trochę za dużo. Gdybym miał trenera, to pewnie powiedziałby, że maksymalnie 30. Ale ja nikogo takiego nie mam u boku, więc wewnętrznym targiem zdecydowałem, że najlepszym testem przed przyszłotygodniowym maratonem będzie przebiegnięcie… maratonu.

No przecież to oczywiste. 🤷‍♂️😂

Mając najważniejszą sprawę załatwioną, mogłem w to piękne popołudnie rozejrzeć się trochę w okolicach miejsca startu.

Impreza wyglądała na kameralną – przeszło setka uczestników podzielonych na bieg i nordic walking. Bufet już przed biegiem prezentował się całkiem, całkiem, co miałem możliwość sprawdzić… organoleptycznie, a możliwość pozostawienia samochodu przy trasie biegu była niewątpliwym plusem dodatnim. 😋

Sprawy organizacyjne poszły nadzwyczaj sprawnie, więc mogłem rozejrzeć się po towarzystwie, które także przygotowywało się do startu.

Trochę się tych biegowych znajomych nazbierało.

Kasia, uznana zawodniczka nordic walking, jak sama stwierdziła, o tym, że ja już jestem, dowiedziała się z… bufetu.

Dziewczyno, jak ja cię już dawno nie widziałem! Ale wiadomo – byłaś na wojażach, o czym poczytałem na Twoim profilu. Kilka razy minęliśmy się na trasie i zawsze w takich sytuacjach mogłem liczyć na ciepłe słowo z Twojej strony, co potem skutkowało podniesieniem tempa, humoru i… ciśnienia. 😂 Kasiu wiem, że jedno z tych zdjęć miałem odrzucić, bo za dużo było cienia, ale teraz zapomniałem które. 😉

Serdeczne pozdrowienia dla Taty, który też startował w zawodach. 👋


Jak jest szansa zrobienia na Śląsku co najmniej maratonu, to wiem, że mogę liczyć na obecność Zbyszka.

To jest chłop, który nie uznaje słowa „boli”, tylko wytrwale realizuje założone cele. On też, gdy usłyszał mój dylemat, ile zrobić kilometrów, rzucił tylko:

„Chłopie, jak cie znom, to tym maraton to już musiołbyś zrobić”.

No i dylematy się skończyły. 😂

Krzysiek i Arlena – małżeństwo świetnych kijkarzy, którzy znają „savoir vivre” przy spotkaniach ze mną.

Poczęstowali Reclika pyszną, rozciągliwą krówką, a jak ja zalepiłem sobie nią usta, to mogli swobodnie podzielić się ze mną wieloma informacjami, w tym zaproszeniem na przyszły rok (tegoroczny termin mam już zajęty) na nową imprezę w Orzeszu z… bebokiem w tytule.

Bebok – dla niewtajemniczonych – to stworek ze śląskich wierzeń ludowych, którym dawniej rodzice straszyli niegrzeczne dzieci.

Miło było Was spotkać potem na trasie i wzajemnie się motywować. 👍

Jolkę zostawiłem sobie na koniec.

Zamieniłem z nią wiele wesołych słów przy okazji wspólnych spotkań w… bufecie.

Na trasie też mogliśmy teoretycznie pogadać, ale jak Jolka sama stwierdziła, rozpoznawała mnie tylko po sylwetce… z tyłu.

I na tym proponuję zakończyć ten wątek. 😂

Czas nieubłaganie leciał, więc nie pozostawało nic innego, jak ustawić się na linii startu.

Nie ukrywam, startowałem, nie wiedząc do końca, ile przyjdzie mi zrobić pętelek. Gdyby chociaż kiepska pogoda pozwalała na małe zmniejszenie założonego limitu.

A tu jak na złość szykował się prolog pięknej polskiej złotej jesieni w postaci słońca, lekkiego wietrzyku, przyjemnej temperatury i… spadających tu i ówdzie na trasie żołędzi i kasztanów. 🍂

I ruszyliśmy po zabytkowym centrum Raciborza.

A ja na pierwszym kółeczku kodowałem sobie w pamięci miejsca, które warto umieścić w relacji z biegu.

Był zatem browar (wielkie brawa za izotonik w pakiecie startowym 🍺😂), był zamek, były wreszcie klimatyczne parkowe alejki z bulwarami nad Odrą.

Słowem – było na czym zawiesić wzrok.


Leciałem sobie tempem drużyny Spartan z ich wspólnych startów. Oby za tydzień go nie zwiększyli. 😉

I dalej kodowałem mijane miejsca.

Park ustąpił pola łąkom, a potem dzielnicy mieszkaniowej, zaś po minięciu obiektów basenowych, czekała na nas stadionowa bieżnia ze stanowiskiem odliczającym czas i pętelki oraz moim ulubionym stanowiskiem… bufetowym.

Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem, że organizatorzy przygotują tyle swojskiego, czytaj – przepysznego jedzenia.

Musiałem konsumpcję tego… wszystkiego rozdzielić na poszczególne pętelki, co jest równie skomplikowane jak ustalenie taktyki na bieg.

Ale jako fachowiec w tej dziedzinie – dałem radę. 😎

Robiłem sobie pętelkę za pętelką, były rozmowy, było przybijanie piątek i były robione zdjęcia z trasy.

Na początek – browar.


Minęły kolejne dwie pętelki i przyszła pora pokazać wam zamek.



A potem chciałem Wam zaprezentować parę fragmentów parku i bulwarów.

Nawet do głowy mi nie przyszło, że w tym przypadku bez ofiary się nie obędzie i tą ofiarą będę… ja 😱.

Widząc przy trasie biegu niski murek, wszedłem na niego, żeby zrobić zdjęcia przepływającej Odrze.

Nie zauważyłem, że wskutek niedbalstwa osób opiekujących się tym miejscem po ławce, a może rzeźbie, pozostawiono w żaden sposób niezabezpieczone cztery pionowe śruby.

Schodząc z murku, zahaczyłem o nie i, jak stwierdził zawodnik, który biegł za mną, wykonałem iście filmowy piruet. 🎬😂


Miałem szczęście, a nawet dwa.

Po pierwsze – wylądowałem na trawie i kamykach, a nie na betonie.

Po drugie – wykonując obrót, spadłem na łokcie i trochę po nich poleciałem.

Chciałbym przy tej okazji gorąco podziękować zawodnikowi, który biegł za mną. W duchu fair play zatrzymał się, zapytał, czy może mi w czymś pomóc, a potem kilkadziesiąt metrów towarzyszył mi na trasie.

Na mecie poinformowałem o tym organizatorów, którzy, mimo że to nie oni byli odpowiedzialni za to niedbalstwo, od razu pojechali zabezpieczyć to miejsce.

Trochę mnie piekło, trochę krwawiłem, ale służba medyczna obecna na miejscu od razu się mną profesjonalnie zaopiekowała. ❤️


I znowu mogłem bez przeszkód robić kolejne pętelki i przy okazji nadrobić zdjęcia parkowi i Odrze.




Zbliżał się wieczór, zatem trochę „nadraniony” biegałem już bardziej asekuracyjnie.

I to chyba był krok(i) w dobrą stronę.

Trasa była w bardzo dobry sposób zabezpieczana przez miejscowych strażaków – duże brawa za Wasz trud! 👏

Alejki parkowe rozświetliły się urokliwymi lampami, temperatura trochę się obniżyła, ale w dalszym ciągu była stworzona do biegania.



A ja poprzez te emocje z ostatnich kilometrów poczułem się strasznie… głodny 😋😱😉.

Do zaliczenia maratonu pozostało mi sześć pętelek.

Taktyka zrobiła już sobie wolne, zatem mogłem pokosztować tego i owego, a wszystko podane z uśmiechem i serdecznością, między innymi przez Małgosię.

Czego tam nie było:

zupa dyniowa 🎃, zupa pietruszkowo-gruszkowa, chleb ze smalcem i ogórkiem, bogracz, żurek z jajkami, masa słodkości, masa owoców, napojów i te przepyszne tosty z szynką i dużą ilością masła.

Bo jak stwierdziła sama Małgosia:

„Masło jest zdrowe i koniec”.

I tylko nie myślcie, że ja to wszystko zjadłem.

To znaczy zjadłem, ale partiami i co… pętelkę. 😂

I to zdanie Małgosi, jak tak na mnie spojrzała:

„Dlaczego mój mąż nie je tyle co ty?”.

Dobre pytanie. 😂



Mój pobyt w Raciborzu powoli dobiegał końca.

Cieszyłem się ze zrobienia ostatniej pętelki i zaliczenia maratonu, ale okazało się, iż mimo że mój zegarek wskazywał już ten dystans, tutaj każde okrążenie liczyło się jako 2,33 km i do maratonu brakowało mi jeszcze 250 metrów.

Zatem małe wpadnięcie do… bufetu i ostatnia pętelka robiona na kompletnym lajcie. 😋

Był czas na zrobienie paru zdjęć wieczorową porą.


A przebiegając obok nieczynnej zamkowej kawiarenki, zrobiłem sobie zdjęcie z wielką beczką.

I tak sobie pomyślałem, że jest ona symbolem wielkiej beczki miodu, pokazującym perfekcjonizm ekipy EASY RUN Racibórz, która z pełnym profesjonalizmem przygotowała to wydarzenie.

Szanowni Państwo – ogromne brawa i podziękowania z mojej strony. 👏👏👏

I siłą rzeczy, jak wielka beczka miodu, to muszę też wspomnieć o łyżce dziegciu, która była udziałem służb miejskich i tego niezabezpieczonego miejsca.

A że koniec wieńczy dzieło, wbiegłem na pięknie oświetloną raciborską bieżnię.


Był medal, certyfikat ukończenia zawodów i wspólne zdjęcie z Pawłem – prezesem EASY RUN.


Na certyfikacie przeszło 44 kilometry, na zegarku przeszło 45, co nie zmienia faktu, że jestem jedną z nielicznych osób, która aby sprawdzić swoją dyspozycję przed Maratonem Warszawskim, tydzień przed tym wydarzeniem pokonuje dystans trochę dłuższy.

Ale to tak dla… upewnienia się. 😂

Teraz tylko w najbliższych dniach sprawdzę, jak zachowują się moje kości i mięśnie po upadku.

Trochę poobijany jestem, ale już z trasy umówiłem dwie wizyty u masażystów i jakieś tam podłączenie do urządzeń… regenerujących.

I co by nie było – choćby na minutę przed limitem, ale ukończę ten asfaltowy Maraton Warszawski, bo coś mi mówi, że Spartanin się nie poddaje. 💪

A jeśli ktoś chciałby wesprzeć moją zbiórkę w ramach Drużyny Spartanie Dzieciom, gdzie wszystkie zebrane przez nas środki przeznaczone będą na leczenie i sprzęt rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych dzieci, to gorąco zachęcam do wpłaty nawet symbolicznych datków.

Z góry ogromnie dziękuję. ❤️

https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/fundraising/fd9faa0b-a4c5-4c68-a210-839f20a091af


Komentarze

  1. ludność czytelnicza żąda przepisu na zupę pietruszkowo-gruszkową!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Składniki i proporcje tej przepysznej zupy sięgają czasów początków Raciborza (około 1100 r.) i stanowią jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic tego miasta 😉😀😋

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ultra (Z)uchwałe (A)ktywności (D)obrze (E)kstremalnymi (K)niejami czyli witajcie w mojej bajce

Pisząc o Ultra ZADKU piszę każdorazowo o miejscu, w którym uwielbiam biegać. Napiszę nawet więcej - a mam do tego subiektywne prawo – o miejscu, w którym odbywa się najlepszy trailowy festiwal ultra w Polsce. Cztery lata temu, grupa zapaleńców postanowiła w pierwszą sobotę marca zorganizować dwa biegi. Zaufało im dwieście osób. Ja byłem jednym z uczestników dłuższego dystansu. W mojej blogowej relacji napisałem wtedy, że byłem świadkiem narodzin wielkiej biegowej tradycji. Nie pomyliła się ta grupka zapaleńców, ale i nie pomyliłem się i ja. Ultra ZADEK version 2026 to cztery dystanse (30 km, 50 km, 70 km i 100 km) i przeszło 450 uczestników (limit kilkukrotnie powiększany, a i tak spróbujcie znaleźć miejsce miesiąc przed startem 😀). Gdybym miał w punktach opisać fenomen, a zarazem indywidualność tego festiwalu to zwróciłbym uwagę na następujące kwestie: 1.  P rofil na Facebooku nie pozwalający o sobie zapomnieć przez cały rok. 2. Kapitalne festiwalowe wydawnictwo: co? gd...

Jadalne kwiaty, sesja leżakowa i pięć pętelek czyli ULTRA BŁATNIA dla KAZIKA w wersji ... reclikowej 😉😅

  Gdybym napisał, że na Ultra Błatniej w edycjach zimowej i letniej startuję od zawsze, to … niewiele bym się pomylił. I wyobraźcie sobie, że teraz miało mnie nie być. 😱 Tak się złożyło, że termin imprezy pokrywał się z pierwotnym terminem Festiwalu Biegowego w Piwnicznej-Zdroju, na który się wybierałem wspólnie z synem. I wiecie co? Ultra Błatnia, jak miała się odbyć, tak się odbyła, a organizatorzy biegania w Piwnicznej z września przenieśli je na lipiec, by po krótkim czasie w ogóle imprezę odwołać.  A ja otrzymałem cenną lekcję, żeby nawet nie myśleć o innych biegach, gdy legendarna wiata w Jaworzu, z niezwykle smakowitym wyposażeniem, na mnie czeka. 😋 I z takim przekonaniem i czystym sumieniem zaklepałem sobie numery startowe tych zawodów ultra dla … nieultrasów na najbliższe … 12 lat. 😂 Każda edycja Błatniej ma swojego bohatera. Tym razem zbieraliśmy środki dla cierpiącego na dystrofię mięśniową Duchenne’a 3-letniego Kazika Sromka. Czy uwierzycie, że trzeba zebr...

ULTRA BŁATNIA 24H DLA KSAWEREGO

  Moja kolejna relacja z Błatniej. I pewnie myślicie co nowego można napisać z imprezy, która odbywa się dwa razy do roku i na której od wielu lat się bywa ? A ja niezmiennie odpowiadam, zawsze mam potężne dylematy co pominąć, co skrócić, bo tak wiele się dzieje. I zawsze straszę Magdalenę, Mateusza i Grzegorza, że zostanę tu kiedyś pełną dobę i napiszę … epicką relację 😱😂. I Oni zawsze słuchają tej mojej zapowiedzi z przerażeniem w oczach. I bynajmniej nie martwią się rozmiarami mojej opowieści, ale tym, czy ten dobrze zaopatrzony bufet byłby w stanie wytrzymać moje wizyty przez całą dobę 😂😋. Nie uwierzycie, ale robiąc te kilometry na poszczególnych pętlach, przyplątała się do mnie pewna szlagierowa piosenka zespołu Baciary, którą usłyszałem na jakimś plenerowym festynie poprzedzonym biegiem. Przyplątała się i odczepić nie mogła 😉. I już oczyma wyobraźni słyszę te głosy oburzenia – Reclik ty słuchasz takich piosenek ? 😱 A ja zawsze zastanawiam się jak to możliwe, że pios...