Przejdź do głównej zawartości

Żebra mówiły „NIE”, głowa mówiła „DAWAJ!” czyli mój pierwszy Maraton Warszawski w reclikowym i spartańskim wydaniu 😉

 

Mój piąty start w ekipie „Spartanie Dzieciom” i pierwszy Maraton Warszawski.

To pięknie się zapowiadało. Za to życie, jak to życie, napisało własny scenariusz. Na szczęście z happy endem. 😉

Nie jestem człowiekiem asfaltu, więc postanowiłem zrobić sobie tydzień wcześniej prosty sprawdzian na twardej nawierzchni w Raciborzu. Nie przewidziałem tylko jednego - bardzo bolesnego upadku, połączonego z solidnym obiciem żeber. 😱

Przez cały tydzień nawet nie próbowałem truchtać. Ba! Momentami ciężko było mi się położyć na lewym boku. Lekarka przepisała stosowne leki i przenikliwie spojrzała na mnie na wieść, że tydzień po upadku zamierzam ... przebiec maraton. 😏

Formy szukałem więc podczas długich spacerów z moim gończym polskim oraz uspokajania samego siebie, że przecież… chodzić umiem. 😂

I w zasadzie aż do soboty biłem się z myślami: wystartować czy nie?

Przekonały mnie trzy argumenty.

Pierwszy – moja żona, która… nie była przeciwna. 😉

Drugi – start w ekipie „Spartanie Dzieciom”. A to działa jak najlepszy lek przeciwbólowy. 😅

I trzeci, chyba najważniejszy – piękny odzew na moją zbiórkę w ramach akcji „Biegam Dobrze”.

Na dzień przed biegiem udało mi się zebrać najwięcej wśród wszystkich Spartan. I tutaj moje ogromne WYRAZY WDZIĘCZNOŚCI dla wszystkich imiennych i anonimowych DARCZYŃCÓW. ❤️

Bardzo WAM DZIĘKUJĘ w imieniu niepełnosprawnych dzieci, do których trafią zebrane środki.

I już teraz zapowiadam, że zbiórka potrwa jeszcze kilka dni. A jeszcze w tym tygodniu ogłoszę licytację ciekawej i bardzo ładnej maskotki, którą otrzymałem za ukończony bieg. 

W biegach ultra, okolice godziny drugiej czy trzeciej w nocy często określa się mianem „godziny duchów”. I właśnie taką porę wyznaczył Andrzej – mój nieodłączny towarzysz spartańskich startów – na wyjazd z Rybnika.

Świetny z niego kompan i zarazem ojciec chrzestny mojego uczestnictwa w ekipie Spartanie Dzieciom.

No i ta wyrozumiałość…

On prowadził, a ja mogłem złapać jakieś dwie godzinki snu w drodze do stolicy. 😴

A najważniejsze – Andrzej ma swoje tajne miejsce do parkowania samochodu, z którego jest raptem kilkaset metrów do okolic Pałacu Kultury i Nauki, gdzie odbywał się start.

Z wiadomych względów zdradzić tego miejsca nie mogę. Tym bardziej, że „przypadkowo” obok nas zaparkował kolejny samochód z naszej ekipy. 😂



Rześki poranek spowodował, że szybkim marszem ruszyliśmy w kierunku naszego klubowego stoiska.

A tam już sporo osób przywdziewało spartańskie wdzianka i szykowało platformę, która wspólnie z Syrenką i Stichem miała towarzyszyć tej części ekipy startującej na dyszkę, bo taki dystans towarzyszył maratonowi.





Niestety, dla mnie właśnie wtedy zaczęły się schody.

Spartańska pelerynka, zawiązywana mocno pod ramieniem, sprawiała mi ból. W lewej ręce trudno było również utrzymać tarczę. 😪

Ale skoro głowa i nogi były jako tako w porządku, postanowiłem, że nie będę zaburzał rytmu biegu całej grupy. W klubowej koszulce i czapeczce ustawię się na… samym końcu stawki wszystkich zawodników, spróbuję potruchtać kilka kilometrów i zobaczę, jak sobie poradzę.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem.

Ostatni pacemakerzy w maratonie, który miał limit 6 godzin i 30 minut, ustawili się na czas o godzinę krótszy.


A jeszcze za nimi, na końcu stawki kilkunastu tysięcy zawodników, ustawiłem się… ja. 😀

Powiem Wam – było to bardzo ciekawe przeżycie.

Fajni, weseli i ogromnie sympatyczni ludzie. Bardzo solidnie wykonujący każde ćwiczenie podczas rozgrzewki. Ze skupieniem czekający na start. Niektórzy poprzebierani w różne stroje.

Moje największe zainteresowanie wzbudził zawodnik… zamierzający podczas całego biegu żonglować maczugami. 🤹‍♂️

Żeby było weselej, już drugi raz tego dnia spotkałem Adrianę. Startowała na dyszkę, ale przyszła przywitać się z członkiem rodziny, który pierwszy raz w życiu miał pobiec maraton.

Trochę się zdziwiła, widząc mnie w tym miejscu.

Kiedy jednak opowiedziałem jej o moich „przygodach”, podsumowała to jednym zdaniem:

„Tam, gdzie kończy się biegowa logika i rozsądek, tam zaczynasz się… Ty.”

No cóż…

Trudno się nie zgodzić. 😂

Ale dość tych obserwacji.

Gdy odtworzony został „Sen o Warszawie”, poczułem dreszcze na plecach.

Po odliczeniu od dziesięciu maraton wystartował.

To znaczy… miałem wrażenie, że wystartował, bo ja do tego startu dochodziłem jakieś dwadzieścia minut. 😂


I te dwadzieścia minut to było zdecydowanie za długo jak na mój niecierpliwy charakter.

Jakoś tak już po pierwszym kilometrze wyprzedziłem grupę z oznaczeniem 5:30.

I powiem Wam, że leciało mi się całkiem fajnie.

Najważniejsze było przekonać głowę, że ten lekki ucisk po lewej stronie to nie zawał serca, tylko przypominające o sobie stłuczone żebra.

I tutaj po raz pierwszy przydał się mój Garmin.

Nie jako urządzenie wskazujące trasę, ale jako uspokajacz głowy. Pokazywał bowiem, że moje tętno spokojnie mieści się między pierwszą a początkiem drugiej strefy.

Czyli serce mówiło: „Spokojnie, Jacek, jeszcze żyjemy.” 😂

Nie lubię asfaltu.

Nie lubię tłumów.

Ale dla takich imprez robię wyjątek.

Bo to było wielkie święto biegania. I to rozgrywające się przy przepięknej pogodzie. ☀️

Umiecie sobie wyobrazić 42 kilometry biegu i… 51 punktów kibicowania?

Nie da się opisać słowami pomysłowości Warszawiaków, żeby nas dopingować, motywować i… rozśmieszać podczas tego biegu.

I jakoś tak przez wiele kilometrów nie mogłem uciec od jednej myśli i jednego życzenia.

Żeby ta cudowna atmosfera, której doświadczyłem w niedzielę na ulicach Warszawy, przeniosła się na kolejne dni na ulice naszych miast.



Ja tu się rozmarzyłem, a przy ósmym kilometrze złapałem grupę, która na chorągiewkach miała napis „5 godzin”.

I od razu pierwsze pytanie:

Gdzie są Spartanie, którzy mieli lecieć tempem na 5 godzin 15 minut?

Postanowiłem rozwiązać tę zagadkę, nieznacznie… przyspieszając. 😅

I tak, uniesiony dopingiem kibiców oraz przybijaniem z nimi piątek, w okolicach 15. kilometra dostrzegłem znajome towarzystwo.

Było trochę zdziwienia, że ja, z tych odległych szeregów, zdołałem tak szybko do nich dotrzeć.

Odpowiedź była prosta.

Ja miałem tylko spartańską koszulkę i czapeczkę.

Oni biegli w pełnym „umundurowaniu”: w hełmach, narzutkach, z tarczami, włóczniami lub mieczami. 🛡️⚔️

Byłem pełen podziwu i szacunku za ich równy bieg w takim słoneczku.

Towarzyszyłem im w tym wspólnym biegu mniej więcej do 25. kilometra.

Niestety zauważyłem dziwną prawidłowość.

Ilekroć oni zatrzymywali się na chwilkę albo maszerowali, zaczynały mi przypominać o sobie bolące i przy okazji drętwiejące żebra.

No i co było robić?

Z bólem serca musiałem opuścić Spartan.

Bo chyba w tym dniu dane mi było poruszać się po trasie maratonu minimum lekkim truchtem.

Każdy kolejny kilometr przybliżał mnie do mety.

Wraz ze zbliżaniem się do centrum Warszawy gęstniał tłum kibiców.

Ale ja bacznie patrzyłem pod nogi, żeby nie zaliczyć jakiegoś piruetu podczas przebiegania przez tory tramwajowe, wysepki czy omijania dziur w drodze.

I wtedy uświadomiłem sobie, obok ilu ciekawych i historycznych miejsc przebiegałem podczas tego maratonu.

A ja, zauroczony tłumem kibiców, jedyne co zapamiętałem, to gmach…

Ministerstwa Zdrowia. 😂

A może to był taki delikatny sygnał wysłany mi mimochodem przez moje żebra?


Bieg zakończyłem w tym samym miejscu, w którym pięć godzin wcześniej go rozpocząłem.

Pod ogromnym świetlnym banerem z nazwą maratonu i odmierzanym od startu czasem.

I wtedy przyszedł czas na kolejny punkt programu.

Miałem zamiar poczekać na ekipę Spartan i sfilmować ich wbiegnięcie na metę.

Chciałem też dać znać Andrzejowi, który biegł dyszkę, że już dobiegłem.

Ale zaskoczył mnie stwierdzeniem, że już o tym ... wie.

Bo na ogromnym telebimie w miasteczku biegowym widać podgląd mety i… Reclika, który kręci się tam, jakby na kogoś czekał. 😂

No cóż.

Widocznie nawet telebim miał tego dnia swoje zadanie.

Po kilkunastominutowym oczekiwaniu pojawili się ONI.

Cudowna i niepowtarzalna ekipa kilkudziesięciu Spartan dobiegających do mety. 🛡️❤️

I ten ogromny aplauz zebranych kibiców na ich powitanie…

Tego naprawdę nie da się zapomnieć.

A zaraz potem – wspólne zdjęcie z medalami. 📸🏅

Wrzucenie czegoś na ząb i powrót do naszego stoiska.

A tam deserek w postaci pysznego ciastka dla każdego Spartanina.

Jak by to powiedzieć…

Zjadłem kilka. 😁

Bo po pierwsze – były palce lizać. 😋

A po drugie – co miałem odpowiedzieć na hasło pani, która je wydawała:

„Ty możesz zjeść więcej, bo też mam męża Jacka, a Jacki… dużo jedzą.” 😂

Argumentacja nie do podważenia.

A na koniec dostałem jeszcze jeden prezent, piękną spartańską maskotkę za ukończenie maratonu. 🧸

I już teraz zapowiadam, że za kilka dni trafi ona na licytację.

Liczę, że ktoś ją kupi choćby za skromny datek, który dodatkowo wesprze moją zbiórkę dla niepełnosprawnych dzieci.

Bo skoro można połączyć bieganie, trochę szaleństwa, kilka obitych żeber i pomaganie innym, to chyba właśnie po to są takie dni. ❤️

Moje ostatnie zdjęcie – z pięknym medalem i spartańskim proporcem – zakończyło ten dzień.

Dzień, który zaczynał się wielką niepewnością:

„Wystartuję czy nie?”

A zakończył się pięknym happy endem.

Maraton Warszawski ukończony.
Żebra zostały na swoim miejscu.
Serce działa.
Nogi też.
A rozsądek… cóż… On jak zwykle przyjechał trochę później. 😂

Moi Drodzy Spartanie ❤️

Dziękuję, że jestem członkiem Waszej ekipy.

Już teraz cieszę się na kolejne wydarzenie z Waszym udziałem jeszcze w tym roku.

A Andrzejowi składam wielkie, wielkie podziękowania za towarzystwo, nocną podróż, prowadzenie samochodu w drodze do ..., (ale za to ja prowadziłem, a on smacznie spał w drodze z ...), cierpliwość i całą tę wspólną przygodę. I oczywiście dziękuję za pożyczenie koszulki, która chyba o dwa numery za mała, była niczym gorset na moje bolące żebra.

Bo niektóre biegi kończą się przekroczeniem linii mety.

A niektóre zostają w głowie na długo.

Ten zdecydowanie zostanie. ❤️🏃‍♂️🛡️

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ultra (Z)uchwałe (A)ktywności (D)obrze (E)kstremalnymi (K)niejami czyli witajcie w mojej bajce

Pisząc o Ultra ZADKU piszę każdorazowo o miejscu, w którym uwielbiam biegać. Napiszę nawet więcej - a mam do tego subiektywne prawo – o miejscu, w którym odbywa się najlepszy trailowy festiwal ultra w Polsce. Cztery lata temu, grupa zapaleńców postanowiła w pierwszą sobotę marca zorganizować dwa biegi. Zaufało im dwieście osób. Ja byłem jednym z uczestników dłuższego dystansu. W mojej blogowej relacji napisałem wtedy, że byłem świadkiem narodzin wielkiej biegowej tradycji. Nie pomyliła się ta grupka zapaleńców, ale i nie pomyliłem się i ja. Ultra ZADEK version 2026 to cztery dystanse (30 km, 50 km, 70 km i 100 km) i przeszło 450 uczestników (limit kilkukrotnie powiększany, a i tak spróbujcie znaleźć miejsce miesiąc przed startem 😀). Gdybym miał w punktach opisać fenomen, a zarazem indywidualność tego festiwalu to zwróciłbym uwagę na następujące kwestie: 1.  P rofil na Facebooku nie pozwalający o sobie zapomnieć przez cały rok. 2. Kapitalne festiwalowe wydawnictwo: co? gd...

Jadalne kwiaty, sesja leżakowa i pięć pętelek czyli ULTRA BŁATNIA dla KAZIKA w wersji ... reclikowej 😉😅

  Gdybym napisał, że na Ultra Błatniej w edycjach zimowej i letniej startuję od zawsze, to … niewiele bym się pomylił. I wyobraźcie sobie, że teraz miało mnie nie być. 😱 Tak się złożyło, że termin imprezy pokrywał się z pierwotnym terminem Festiwalu Biegowego w Piwnicznej-Zdroju, na który się wybierałem wspólnie z synem. I wiecie co? Ultra Błatnia, jak miała się odbyć, tak się odbyła, a organizatorzy biegania w Piwnicznej z września przenieśli je na lipiec, by po krótkim czasie w ogóle imprezę odwołać.  A ja otrzymałem cenną lekcję, żeby nawet nie myśleć o innych biegach, gdy legendarna wiata w Jaworzu, z niezwykle smakowitym wyposażeniem, na mnie czeka. 😋 I z takim przekonaniem i czystym sumieniem zaklepałem sobie numery startowe tych zawodów ultra dla … nieultrasów na najbliższe … 12 lat. 😂 Każda edycja Błatniej ma swojego bohatera. Tym razem zbieraliśmy środki dla cierpiącego na dystrofię mięśniową Duchenne’a 3-letniego Kazika Sromka. Czy uwierzycie, że trzeba zebr...

ULTRA BŁATNIA 24H DLA KSAWEREGO

  Moja kolejna relacja z Błatniej. I pewnie myślicie co nowego można napisać z imprezy, która odbywa się dwa razy do roku i na której od wielu lat się bywa ? A ja niezmiennie odpowiadam, zawsze mam potężne dylematy co pominąć, co skrócić, bo tak wiele się dzieje. I zawsze straszę Magdalenę, Mateusza i Grzegorza, że zostanę tu kiedyś pełną dobę i napiszę … epicką relację 😱😂. I Oni zawsze słuchają tej mojej zapowiedzi z przerażeniem w oczach. I bynajmniej nie martwią się rozmiarami mojej opowieści, ale tym, czy ten dobrze zaopatrzony bufet byłby w stanie wytrzymać moje wizyty przez całą dobę 😂😋. Nie uwierzycie, ale robiąc te kilometry na poszczególnych pętlach, przyplątała się do mnie pewna szlagierowa piosenka zespołu Baciary, którą usłyszałem na jakimś plenerowym festynie poprzedzonym biegiem. Przyplątała się i odczepić nie mogła 😉. I już oczyma wyobraźni słyszę te głosy oburzenia – Reclik ty słuchasz takich piosenek ? 😱 A ja zawsze zastanawiam się jak to możliwe, że pios...