Przejdź do głównej zawartości

🏃‍♂️ DZIEŃ DOBRY KEY-KEY, CZYLI OSOBISTA OPIEKA MEDYCZNA, BUFETY, GRZYBY I RECLIK W PODSKOKACH 😂🌲

Nie będę tutaj obiektywny. I nawet nie zamierzam. 😂

Od kiedy kilka lat temu, trochę przypadkiem, pojawiłem się w Kędzierzynie-Koźlu na pierwszej edycji Ultra ZADKA, bo zaintrygowała mnie sama nazwa, postawiłem sobie za punkt honoru, żeby przynajmniej dwa razy w roku zawitać do Key-Key.

I wiecie co? Nadal mi się tutaj podoba. Bardzo.

Podoba mi się podejście do zawodników, których od pierwszej chwili wita się z ogromną życzliwością i serdecznością.

Podoba mi się hasanie po tutejszych lasach.


Podobają mi się bufety zapowiadane tablicami na trasie z takim wyprzedzeniem, że człowiek zdąży spokojnie opróżnić własne zapasy, zrobić miejsce w brzuchu i przygotować się na wszelkiej maści smakołyki. 😋

Ale najbardziej podoba mi się specyficzny humor, który od lat towarzyszy zawodom w Key-Key.

Bo przecież mamy tutaj ULTRA ZADKA.

A sobotnią imprezę nazwano DZIEŃ DOBRY KEY-KEY. I wszystko byłoby całkiem normalnie, gdyby nie jeden drobny szczegół. Pierwszych zawodników wypuszczono na trasę o godzinie…12:30.

No i teraz sam już nie wiem. A może ja się po prostu czepiam? A może to wcale nie jest żaden humor? Może to zwyczajne…śpiochostwo organizatorów? 😂 Bo ja zwykłem witać dzień około…piątej rano. I być może właśnie dlatego nigdy nie zostanę człowiekiem od południowych startów.

Wyjeżdżając z Rybnika, jednego byłem pewien. Nie ma sensu wgrywać tracka. Po pierwsze – trasa będzie fenomenalnie oznakowana. Po drugie – i tak się zgubię. 😂

Nieśmiało tylko zapytałem na stronie zawodów, czy przy moich ostatnio obitych żebrach mógłbym liczyć gdzieś na trasie na obecność ratownika medycznego. Organizator się nie odezwał. Za to odezwała się… pielęgniarka – specjalistka Paulina. Co prawda liczyłem na trochę inny komentarz niż: „Ale masz marzenia”, ale dobre i to na początek. 😂

Człowiek jedzie na zawody z nadzieją na sportowe emocje, a kończy na negocjowaniu z personelem medycznym, czy przypadkiem nie potrzebuje opieki. Ale jak się potem okazało… warto walczyć o marzenia.

W zeszłym roku, z okazji piątej edycji, wystartowałem na specjalnym, łączonym dystansie 10 + 22 + 44 km. W tym roku, w to sobotnie popołudnie, wybrałem skromne 22 kilometry. Bo człowiek w pewnym wieku musi się przecież oszczędzać. Zwłaszcza jeśli ma w planach kolejny start… następnego dnia.

A później jeszcze ultra… za tydzień. Czyli klasyczne oszczędzanie Reclika. Nie przemęczyć się na 22 kilometrach, żeby móc się zmęczyć później. Logika jest. Tylko trzeba ją dobrze wytłumaczyć. 😂

Oczywiście do gościnnych progów biura zawodów zawitałem z odpowiednim wyprzedzeniem. Przez kilka lat startów zdążyłem poznać tutaj sporo świetnych osób, więc nie mogłem przecież przyjechać, odebrać numeru i uciec. Trzeba było zamienić przynajmniej kilka słów, uścisnąć kilka dłoni, pośmiać się trochę i sprawdzić, czy wszyscy nadal wyglądają tak samo jak rok temu.

Wyglądali tak samo. A nawet… młodziej. I siłą rzeczy nie mogło zabraknąć wspólnych zdjęć z Kasią (słowo „cień” na trwałe zadomowiło mi się już w mózgu 😉), Arletą, Krzyśkiem, „Panią” Kamilą i „Panem” Łukaszem 😉, Tomkiem, Jolą, Paulą, Ewą, Beatą i Anią.








W swoich powitaniach nie mogłem oczywiście pominąć organizatorów, czyli Tomka i Witka. Na Tomka czekał specjalnie przeze mnie przygotowany okolicznościowy 0% izotonik. Bo przecież przy takiej okazji nie wypada przyjechać z pustymi rękami. A poza tym…kto powiedział, że izotonik musi mieć alkohol? Ten miał 0%, za to miał odpowiednią oprawę i przeznaczenie. 😉 Oczywiście Witka też poinformowałem o prezencie zdeponowanym u Tomka. Ale… po zawodach. 😂



Już prawie szykowałem się do startu i nawet chciałem wysłuchać komunikatu technicznego, ale kogo widzę? Fotografika Tomka. Chłopie, taki szmat czasu się nie widzieliśmy, ale jak się już spotkaliśmy, to prawie… hurtowo. Okazało się bowiem, że Tomek będzie robił zdjęcia zarówno w Key-Key, jak i na zawodach następnego dnia. Gdzie ja również będę. Przypadek? Nie sądzę.

Wręczyłem, co trzeba, przywitałem się z kim trzeba, pogadałem z kim trzeba… I można było wreszcie pomyśleć o najważniejszym. 22 kilometry. W lesie. W Key-Key. Z obitymi żebrami. Bez tracka. I z przekonaniem, że skoro już tyle razy tutaj byłem, to przecież… tym razem na pewno się nie zgubię.



Miałem też swoją tajną taktykę. Wypatrywałem Pauli i postanowiłem nie odstępować jej ani na krok. Byłem pacjentem…uświadomionym. Streściłem jej historię moich obitych żeber. Wmówiłem, że wykupiłem u organizatorów pakiet „medical plus”, gwarantujący mi jej towarzystwo podczas całego biegu. A nawet pochwaliłem się, że zabrałem ze sobą do plecaczka…apteczkę. Tak na wszelki wypadek. Gdyby konieczna była natychmiastowa interwencja na trasie. No i co miała ta dziewczyna powiedzieć?

Jak się okazało, całą trasę pokonałem w towarzystwie Pauliny i Ewy. I tutaj należy im się ogromny szacunek. Zaledwie pół godziny przed startem naszego biegu ukończyły 50-kilometrowy wyścig rowerowy, a potem przez kolejne 22 kilometry musiały jeszcze znosić obecność rozgadanego Reclika. Nie wiem, co było dla nich większym wyzwaniem. 😂


Super mi się z nimi biegło. Były wesołe dyskusje. Były też, niekiedy, chwile milczenia. Ale krótkie. Bardzo krótkie. Były również momenty, w których informowałem dziewczyny, jak daleko mamy jeszcze do… bufetów. Bo jak sami wiecie, tylko te regulaminowe informacje jakimś dziwnym trafem pozostają w mojej głowie.

I tutaj liczby 6, 12 i 16 nie są początkowymi numerami z losowania Multilotka. To kilometry na trasie, na których czekały na nas punkty wyżywieniowe. O tych punktach mógłbym napisać oddzielną relację. Były obsługiwane przez fantastycznych ludzi 👏👏👏, którzy wyczarowywali dla nas…dosłownie wszystko, czego zapragnęliśmy. I na tym właściwie powinienem zakończyć opis 😉.




Ale przecież nawet takiego znawcę i konesera bufetów jak ja, można jeszcze czymś zaskoczyć. I zaskoczenia były dwa. Po pierwsze… nie wiem dlaczego, ale na moje wbiegnięcie do pierwszego bufetu specjalnie ze startu przyjechał organizator Tomek we własnej osobie. Tak się tym zestresowałem, że raptem tylko skubnąłem… parę ciastek, cukierków, owoców i kubeczków napojów. No naprawdę. Ledwo coś. 😂

Drugie zaskoczenie było jeszcze większe. Otóż na 10. kilometrze pojawił się…dodatkowy, niezapowiadany bufet. I chyba właśnie w tym miejscu pogrzebałem swoją szansę na życiówkę. Bo musiałem doliczyć kolejne minuty do przewidywanego przeze mnie czasu. Jak człowiek ma na trasie niezapowiedziany bufet, to przecież nie wypada przebiec obok. Byłoby to zwyczajnie niegrzeczne 😂😉.

Zresztą takich niespodzianek na trasie było jeszcze kilka. Sami rozumiecie, że musieliśmy się zatrzymać, widząc panie z koszami pełnymi grzybów. Rozpoczęły się gorączkowe negocjacje. Byliśmy gotowi wymienić się z nimi numerami startowymi. Zegarkami. A w krytycznym momencie chyba nawet butami. Wszystko za te kosze. Niestety dobrze zapowiadające się rozmowy ostatecznie zakończyły się fiaskiem.


I przyszło nam…lecieć dalej. Powiem Wam, łatwo nie miałem. Dziewczyny niby zmęczone 50-kilometrowym wyścigiem rowerowym, ale tak udanie rozgrywały mnie na trasie, że aż muszę się zastanowić, czy przypadkiem ten ich rower nie był tylko elementem większego planu. Jedna umiejętnie zmieniała się z drugą w prowadzeniu biegu. A biedny Reclik leciał cały czas w środku. I musiał…trzymać równe tempo 😅.



Ale nie żebym narzekał. Raz się tylko trochę wystraszyłem, kiedy Paula powiedziała, że coś ją boli. Wyciągnij apteczkę – usłyszałem – i ja ci powiem, co masz robić. Na szczęście zachowałem zimną krew. W końcu byłem już przecież wyszkolonym członkiem personelu medycznego. I jak rasowy biegacz doradziłem: „Spróbuj to… rozbiegać.” I… rozbiegała. No proszę. Medycyna XXI wieku. 😂

I tak, w doskonałej komitywie, zmierzaliśmy do mety. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie na tle baneru kilometr przed metą. Przebiegnięcie przez most. 


I już mogliśmy witać się z gąską… to znaczy…z metą.

Tyle tylko, że nie wiem, dlaczego Paula i Ewa minęły ją bez najmniejszego problemu, a mnie fotograficy i organizator kazali aż trzy razy poprawiać wbiegnięcie na metę. I to… w podskokach. Nie wiem, czy chodziło o zdjęcie. Nie wiem, czy o dynamikę. Nie wiem, czy chcieli sprawdzić, czy moje żebra rzeczywiście są obite. Wiem tylko, że człowiek po 22 kilometrach powinien mieć prawo po prostu przekroczyć linię mety. A nie zdawać egzamin z…efektownego lądowania. 😂

Oczywiście, kiedy już ostatecznie zaliczyłem bieg, nie mogło zabraknąć wspólnego zdjęcia naszej trójki z organizatorem.

A potem już wreszcie mogłem oddać się temu, co w Key-Key lubię chyba najbardziej…delektowaniu się bufetem. ❤️ Coś wspaniałego. Podobno słyszałem, że były tam jakieś ograniczenia. To są zwykłe pomówienia. Ja zostałem przywitany słowami: „Drogi Jacku, co byś sobie zjadł?” A następnie dostałem…tacę. Żebym sobie naładował, co potrzeba, i nie musiał potem wstawać od stołu. To się nazywa profesjonalna obsługa zawodnika. Albo ... bardzo dokładna znajomość zawodnika. 😂



Powiem Wam jedno. Te zawody bardzo wysoko ustawiły poprzeczkę. Osobista opieka medyczna. Bufety na najwyższym poziomie. Dodatkowe punkty żywieniowe. Grzyby, których nie udało się przejąć. I atmosfera, dla której chce się tutaj wracać.

Tylko wszystko zepsuł Tomek na sam koniec, podsumowując to słowami: „Czego to się nie robi dla starszych biegaczy.” No cóż…pozostaje mi chyba przyjąć to z godnością. W końcu nie każdy może być młody. Nie każdy może mieć 22 lata. Nie każdy może biegać bez apteczki. I nie każdy może mieć osobistą pielęgniarkę na trasie. 😂

A już całkiem na poważnie…ogromne, ogromne podziękowania dla Pauli i Ewy za towarzystwo na trasie. Za rozmowy, śmiech, cierpliwość do rozgadanego Reclika i za to, że przez całe 22 kilometry nie zostawiły mnie samego z moimi obitymi żebrami, apteczką i potrzebą odwiedzania każdego napotkanego bufetu. ❤️

I oczywiście wielkie podziękowania dla organizatorów za perfekcyjną organizację, świetną atmosferę, poczucie humoru i za to, że po raz kolejny pokazali, iż można zrobić zawody, na które człowiek przyjeżdża nie tylko pobiegać, ale przede wszystkim spotkać ludzi, których zwyczajnie chce się spotkać.

Key-Key… 

Do zobaczenia. Oczywiście. Bo przecież dwa razy w roku…to minimum. ❤️🏃‍♂️🌲

PS.

Mój regulaminowy dystans liczył 22 kilometry. Ja zrobiłem 22,5 km. A słyszałem, że niektórzy zwracali uwagę organizatorowi, iż pętla liczyła…23,5 kilometra. Na szczęście Tomek uspokoił atmosferę słowami, że w takiej sytuacji organizator nie doliczy dodatkowych kosztów za ten nadmiarowy dystans.

I tym optymistycznym akcentem możemy chyba uznać, że…DZIEŃ DOBRY KEY-KEY został oficjalnie zaliczony. 😂



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ultra (Z)uchwałe (A)ktywności (D)obrze (E)kstremalnymi (K)niejami czyli witajcie w mojej bajce

Pisząc o Ultra ZADKU piszę każdorazowo o miejscu, w którym uwielbiam biegać. Napiszę nawet więcej - a mam do tego subiektywne prawo – o miejscu, w którym odbywa się najlepszy trailowy festiwal ultra w Polsce. Cztery lata temu, grupa zapaleńców postanowiła w pierwszą sobotę marca zorganizować dwa biegi. Zaufało im dwieście osób. Ja byłem jednym z uczestników dłuższego dystansu. W mojej blogowej relacji napisałem wtedy, że byłem świadkiem narodzin wielkiej biegowej tradycji. Nie pomyliła się ta grupka zapaleńców, ale i nie pomyliłem się i ja. Ultra ZADEK version 2026 to cztery dystanse (30 km, 50 km, 70 km i 100 km) i przeszło 450 uczestników (limit kilkukrotnie powiększany, a i tak spróbujcie znaleźć miejsce miesiąc przed startem 😀). Gdybym miał w punktach opisać fenomen, a zarazem indywidualność tego festiwalu to zwróciłbym uwagę na następujące kwestie: 1.  P rofil na Facebooku nie pozwalający o sobie zapomnieć przez cały rok. 2. Kapitalne festiwalowe wydawnictwo: co? gd...

Jadalne kwiaty, sesja leżakowa i pięć pętelek czyli ULTRA BŁATNIA dla KAZIKA w wersji ... reclikowej 😉😅

  Gdybym napisał, że na Ultra Błatniej w edycjach zimowej i letniej startuję od zawsze, to … niewiele bym się pomylił. I wyobraźcie sobie, że teraz miało mnie nie być. 😱 Tak się złożyło, że termin imprezy pokrywał się z pierwotnym terminem Festiwalu Biegowego w Piwnicznej-Zdroju, na który się wybierałem wspólnie z synem. I wiecie co? Ultra Błatnia, jak miała się odbyć, tak się odbyła, a organizatorzy biegania w Piwnicznej z września przenieśli je na lipiec, by po krótkim czasie w ogóle imprezę odwołać.  A ja otrzymałem cenną lekcję, żeby nawet nie myśleć o innych biegach, gdy legendarna wiata w Jaworzu, z niezwykle smakowitym wyposażeniem, na mnie czeka. 😋 I z takim przekonaniem i czystym sumieniem zaklepałem sobie numery startowe tych zawodów ultra dla … nieultrasów na najbliższe … 12 lat. 😂 Każda edycja Błatniej ma swojego bohatera. Tym razem zbieraliśmy środki dla cierpiącego na dystrofię mięśniową Duchenne’a 3-letniego Kazika Sromka. Czy uwierzycie, że trzeba zebr...

ULTRA BŁATNIA 24H DLA KSAWEREGO

  Moja kolejna relacja z Błatniej. I pewnie myślicie co nowego można napisać z imprezy, która odbywa się dwa razy do roku i na której od wielu lat się bywa ? A ja niezmiennie odpowiadam, zawsze mam potężne dylematy co pominąć, co skrócić, bo tak wiele się dzieje. I zawsze straszę Magdalenę, Mateusza i Grzegorza, że zostanę tu kiedyś pełną dobę i napiszę … epicką relację 😱😂. I Oni zawsze słuchają tej mojej zapowiedzi z przerażeniem w oczach. I bynajmniej nie martwią się rozmiarami mojej opowieści, ale tym, czy ten dobrze zaopatrzony bufet byłby w stanie wytrzymać moje wizyty przez całą dobę 😂😋. Nie uwierzycie, ale robiąc te kilometry na poszczególnych pętlach, przyplątała się do mnie pewna szlagierowa piosenka zespołu Baciary, którą usłyszałem na jakimś plenerowym festynie poprzedzonym biegiem. Przyplątała się i odczepić nie mogła 😉. I już oczyma wyobraźni słyszę te głosy oburzenia – Reclik ty słuchasz takich piosenek ? 😱 A ja zawsze zastanawiam się jak to możliwe, że pios...